Showing posts with label nasza historia. Show all posts
Showing posts with label nasza historia. Show all posts

Friday, March 25, 2016

Nasza historia, część piąta

Poprzednio zakończyłam na:
"Zjechaliśmy na piętro -3, atmosfera była tak samo zimna i beznadziejna jak pierwszego dnia kiedy przyjechałam do tego szpitala... Położna z góry zostawiła nas z położnikiem, który zaprowadził nas do małego pokoju "prelabor", w którym nie było miejsca prawie na nic. Wszędzie stały maszyny, monitory, jedno łóżko, jedno krzesło. Niewygodne krzesło, niewygodne łóżko, na którym kazano mi się położyć i czekać..."

Kiedy położnik do nas wrócił, okazało się, że jest zdecydowanie mniej cierpliwy niż położne i pielęgniarki na patologii ciąży; nie mógł zrozumieć, że boję się igieł, zwłaszcza po tak długim już pobycie w szpitalu z codziennym kłuciem i chciał założyć mi wenflon tak szybko jak to możliwe i mieć mnie z głowy. Próbował założyć mi najpierw na nadgarstku, ale nic z tego nie wyszło, potem na górze dłoni, ale żyły również były zbyt na to wymęczone - w końcu podpiął mi się w zagięciu łokcia. Po wenflonie przyszedł czas na założenie cewnika, ktg, ciśnieniomierza, elektrod i sama nie wiem czego jeszcze. Wreszcie założono mi lek, który miał wywołać poród.

Nie mogłam wstawać, nie mogłam się ruszać. Łóżko było piekielnie niewygodne. Godziny mijały.

Po jakimś czasie, sama już nie wiem po jak długim, zaczęłam mieć skurcze. Bolesne, ale jeszcze do przeżycia. Za to, zauważyliśmy wtedy, że podczas skurczy, kiedy zmieniam pozycję - serce naszego synka zwalnia. Zaniepokoiło to wszystkich, natychmiast zorganizowano USG - przyjechała maszyna razem z panią ją obsługującą oraz, niestety, razem ze studentem-stażystą. To chyba był jedyny moment mojego pobytu w szpitalu, w którym człowiek popełnił błąd. Pani, która robiła mi USG była bardziej zainteresowana spodobaniem się studentowi, oraz zaimponowaniem mu, niż porządnym zajęciem się mną. USG zrobiła, flirtując cały czas i pokazując studentowi jak działa maszyna. Stwierdziła, że wszystko ok i wyjechała maszyną z naszej klitki prelabor. Nie było ok. Wróciła po pół godzinie, tym razem bez studenta, za to znowu z maszyną i powiedziała, lekko zaniepokojona, że maszyna pokazała, że coś jest nie tak z łożyskiem. Ale, że nie jest pewna i że może zrobić jeszcze raz. Z tym, że akurat miała być zmiana warty, więc stwierdziła, że pewnie wszystko jest ok, tylko maszyna popełniła błąd i w sumie, że przekaże to następnej osobie... no i nikt z maszyną do usg już do nas nie wrócił.

KTG było już włączone non stop, zapisywało każde uderzenie serca naszego maleństwa. Zauważyliśmy, że jego serduszko zwalnia za każdym razem kiedy zmieniam pozycję, chociażby delikatnie, więc od tej pory po prostu przestałam się ruszać, leżałam tylko pod lekkim kątem, prawie na lewym boku, ale jednak na plecach, bo tylko w tej pozycji serce było ok. Już wtedy przyszło nam do głowy, że być może łożysko zaczyna się odklejać?

Razem z nocną zmianą przyszła zmiana papieru w maszynie do ktg, bo po wydrukowaniu metrów (dosłownie) i zajęciu podłogi w połowie pokoju - papier po prostu się skończył. Bardzo chciało mi się pić, ale nie pozwolono mi ani jeść, ani pić - bo nikt wtedy jeszcze nie wiedział, czy urodzę naturalnie czy też będę miała cesarkę. Rozwarcie było na 2 centymetry, skurcze, podczas których robiłam wszystko, żeby się nie poruszyć, co kilka minut. Po jakimś czasie doktor, który był na nocnej zmianie zadecydował, że może powinnam spotkać się z zespołem, który wykonywał tej nocy cesarskie cięcia...

Zespół był super. Pani anestezjolog przypominała mi z wyglądu moją Przyjaciółkę, z tym, że jej kosmyki miały jaskrawo różowy odcień, a nie czerwony. Chirurg z nocnej zmiany okazał się być przyjacielem naszego pierwszego ginekologa i człowiekiem, który był nam polecany od samego początku. Także spotkanie z zespołem trochę mnie uspokoiło.

Fakt, że nie mogłam się ruszać, ani pić, ani jeść, ani spać - doprowadzał mnie do rozpaczy. Wiem, to brzmi jak nic takiego - ale utrzymanie tej samej pozycji przez kilka godzin to już (dla mnie) jest katorga, a co dopiero mówić o kilkunastu, czy też jak się okazało później - kilkudziesięciu!

Tej nocy nie podjęto decyzji o cesarce, skurcze jakby przycichły, czekaliśmy. Mój Francuz, cały czas przy mnie, solidarnie ze mną starał się nie spać, aczkolwiek był tak wykończony, że zdarzało mu się zdrzemnąć. Mi nie - ciśnieniomierz co 15 minut skutecznie mi to uniemożliwiał. I tak leżałam, leżałam, czekałam i czekałam i płakałam z niemocy. Moja Mama była tuż za drzwiami, ale nie mogła do nas wejść, nie do tej sali, prelabor. Podchodziła tylko do drzwi i dawała jedzenie dla mojego męża, a ja nawet nie mogłam jej zobaczyć! Ale pisałyśmy do siebie smsy, cały czas.

Kolejne godziny mijały, kolejne rolki papieru do KTG się kończyły (działało już non stop, co jakiś czas tylko ktoś przychodził sprawdzać). Po nocy, która wydawała się niekończąca przyszedł szary dzień. Rano rozwarcie wciąż tylko na 2 centymetry. Ktoś podjął decyzje o drugiej turze leku wywołującego poród, założono mi go... Po kilku godzinach zaczęłam mieć skurcze co 2 minuty. Wyłam z bólu, starając się jednocześnie nie ruszać, aczkolwiek były chwile, kiedy po prostu zwijałam się w kulkę, a wówczas serduszko mojego Małego Księcia drastycznie zwalniało. Minęło już ponad 30 godzin bez snu, bez picia, bez ruchu, byłam wykończona. Popołudniu zaczęły mi powoli odchodzić wody, doktor powiedziała, że może palcem dotknąć główki Małego Księcia - badania szyjki były bardzo bolesne. Rozwarcie jednak wciąż było za małe, raptem 2,5 centymetra, tymczasem czas mijał. Skurcze nasilały się w swojej intensywności, przewieziono mnie na salę porodową. Wieczorem dostałam znieczulenie (nie wiem jakie, do tego stopnia nie miałam głowy do tego wszystkiego - ale mogłam po nim ruszać nogami) - przed panikowałam strasznie, zwłaszcza, że do założenia wenflonu w to miejsce wygoniono z sali mojego męża - anestezjolog powiedziała, że mężczyźni mają tendencje do mdlenia jak widzą zakładanie, a one nie mają czasu tu się zajmować facetami, bo ciężarna jest najważniejsza. Na szczęście asystentka pani anestezjolog (inny zespół niż z poprzedniej nocy) była fantastyczna, cały czas do mnie mówiła (po angielsku). Wiedziała już, że mi akurat pomaga kiedy mam chociażby świadomość kontroli nad tym co się ze mną dzieje, więc opisywała mi co jest robione w danej chwili. Przeżyłam ;), aczkolwiek bałam się niesamowicie. Podczas wkłucia się udało mi się nie drgnąć nawet o milimetr, za co zostałam bardzo pochwalona ;).

Poczułam bardzo przyjemne zimno wzdłuż kręgosłupa i po chwili ból zaczął mijać. Ach, przynajmniej od bólu mogłam odpocząć, bo już byłam tak strasznie wszystkim zmęczona, że aż ciężko mi było uwierzyć, że wciąż trzymam się "na nogach". Przez godzinę, albo może półtorej? był spokój od bólu. Tuż przed podaniem znieczulenia założono mi do szyjki sondę, która miała za zadanie przekazywać informację o skurczach, skoro ja miałam ich nie czuć.

To był wyjątkowy tydzień w tym szpitalu - był nawał rodzących. Tego dnia kiedy zabrano mnie na dół - wszystkie sale były zajęte, rodzące wjeżdżały i wyjeżdżały w ogromnej liczbie. Tyle kobiet rodziło w tym tygodniu, iż na górze zabrakło dla wszystkich pokoi i zaczęto kłaść niektóre dziewczyny na oddziale ginekologicznym - ale o tym później.

Po około półtorej godzinie ból podczas skurczy zaczął wracać. Jednakże w tym samym momencie, w którym się na to poskarżyłam - przybiegła położna z innej sali, żeby zabrać moją panią doktor - zanikła akcja serca dziecka podczas porodu, konieczna była natychmiastowa cesarka. Zajęli się mną inni, między innymi student położnik. Tuż przed północą zaczęłam mieć wrażenie, że przeciekam jednak trochę bardziej niż powinnam, a kiedy poprosiłam Francuza o sprawdzenie, okazało się, że wyciekają ze mnie nie tylko wody płodowe, ale również krew. Student położnik, kiedy Francuz mu o tym powiedział, postanowił wyjąć moją sondę, żeby sprawdzić co się dzieje... i w momencie kiedy ją wyjął - krew była wszędzie, po prostu ze mnie chlusnęła. W sali wszyscy wpadli w panikę, usłyszałam tylko "décollement placentaire", zdążyłam tylko oddać telefon mężowi, podczas gdy anestezjolog zmieniała lek w moim wenflonie w kręgosłupie, przerzucili mnie na inne łóżko i błyskawicznie przewieziono mnie do sali operacyjnej.

Trzęsę się, jak o tym piszę ;). Wiem, że tyle historii było cięższych, straszniejszych - ale ta jest moja i miała na mnie ogromny wpływ. Cieszę się, że mogę odwrócić głowę i spojrzeć na śpiącego koło mnie Małego Księcia (który pewnie niedługo się obudzi, bo śpi już prawie dwie godziny, a to nie jest nawet typowa jego drzemkowa godzina!). 

Wszystko działo się tak błyskawicznie, że aż nie mogłam w to uwierzyć. Powtarzałam pytanie "what's happening", ale w tym momencie dla zespołu ważniejsze było, żeby ratować mnie i Małego Księcia i na razie nikt nie zawracał sobie głowy tym, żeby mi tłumaczyć ;). Zwłaszcza, że to były tylko minuty.

Sprawdziłam na wypisie ze szpitala, że podczas operacji miałam znieczulenie podpajęczynówkowe. Mogłam ruszać nogami, więc spięto mi je taśmą, rozłożono mi ręce i przypięto, więc czułam się trochę jak na krzyżu ;). Szczypano mnie w brzuch dopóki przestałam to czuć i wtedy zaczęto operację. To były zaledwie minuty, naprawdę, a wszystko było dla mnie tak abstrakcyjne! Asystentka anestezjolożki siedziała cały czas przy mojej głowie, głaskała mnie i mówiła do mnie. Była cudowna. Widziałam monitor pokazujący moje ciśnienie i pracę serca - o dziwo, ciśnienie było niższe niż przez dłuższy czas wcześniej - 140/90 przez większość operacji. Powtarzałam sobie w myślach "jestem Halnym, jestem Halnym"... To dlatego, że moja Mama mi powtarzała wcześniej, "pamiętaj, że jesteś silna, mocna, jesteś silna jak Halny!".

Nie wiedziałam wtedy jeszcze, że dokładnie w momencie, kiedy zabrano mnie na operację, a mój mąż został z mym telefonem w ręku - dostałam maila i na ekranie mojego telefonu wyświetliło się "Deleting avatar Diav" (powiadomienie z gry, w której się poznaliśmy z Francuzem). Powiedział, że nic w życiu nie przeraziło go tak bardzo jak ta moja operacja i ten mail, którego wtedy dostałam.

Drzwi do sali operacyjnej zamknęły się za nami dokładnie o 00:12 (Francuz zrobił zdjęcie), a Mały Książę urodził się dokładnie o 00:19, słyszałam jak to ogłaszają do zapisania. Nie słyszałam, żeby płakał, więc trochę się przestraszyłam, ale za chwilę przyniesiono mi go do pocałowania. W żółtej czapeczce, którą mam do tej pory i trzymam jak skarb. Dopiero po operacji dowiedziałam się, że w tak zwanym międzyczasie (czyli pomiędzy jego urodzeniem się a moim całusem) był ważony, mierzony, sprawdzano w jakim jest stanie. Dostał 9/10 punktów w skali Apgar w pierwszej minucie i 10 w piątej. Mojemu Francuzowi pozwolono przy tym być!!! A on od razu wyciągnął telefon i sfilmował pierwsze chwile Małego Księcia po tej stronie brzuszka. Do tej pory śmiejemy się z tego - bo nasz synek zaczął płakać dopiero wtedy jak zobaczył Tatusia hihihi... :)))


Następnie Tatusia wygoniono, Małego Księcia zabrano, a mnie jeszcze zszywano. Podczas całej operacji podawano mi też jakiś gaz - nie wiem co to było. Przez cały czas czułam się tak nierealnie - nie wierzyłam, że to się dzieje naprawdę!

Po operacji zawieziono mnie do sali pooperacyjnej, od razu dołączył do mnie mój Francuz. Oboje półprzytomni, ostatni raz spaliśmy w nocy z poniedziałku na wtorek, tymczasem już był czwartek! O dziwo, nic mnie nie bolało, kiedy pielęgniarki przychodziły zapytać się o ból w skali - zgodnie z prawdą odpowiadałam pomiędzy 0 a 2/3. Za to ciśnienie skoczyło mi pod sufit, zaczęto się o mnie wtedy poważnie martwić. W dalszym ciągu nie mogłam się ruszać, w dalszym ciągu cewnik, wenflon, elektrody i ciśnieniomierz, który ustawiony ponownie na co 15 minut tym razem co chwila wzbudzał alarm. Dostałam też tlen, bo spadła mi saturacja do 70. I zakaz picia/jedzenia w dalszym ciągu, bo co jeśli potrzebna będzie operacja jeszcze jedna... Mocno krwawiłam.

I marzyłam o herbacie. :)

Na początku zakładano, że na sali pooperacyjnej zostanę dwie do trzech godzin, czyli tak jak to zakłada norma - ale u mnie to się przeciągnęło mocno, bo udało mi się opuścić tę salę dopiero 43 godziny później, czyli w piątek wieczorem. Nie mogłam znieść tego, że w tym czasie do tej samej sali przywożono też inne mamy po cesarkach - przyjeżdżały ze swoimi dziećmi w małych łóżeczkach i wyjeżdżały dwie godziny później. Były beztroskie, szczęśliwe...

Kilka godzin po operacji przyszła do mnie położna, doradca laktacyjny. Zapytała się czy chcę karmić piersią, przytaknęłam i dostałam całą masę różnych ulotek, instrukcji jak odciągać mleko, maleńkie, sterylne strzykawki, do których miałam zbierać pierwsze krople, a na górze już na mnie czekał mój (na następne trzy miesiące) zestaw do odciągania mleka. Od razu zebrałam pierwsze krople i Francuz poszedł je zanieść Małemu Księciu. Mały Książę je pochłonął od razu (pozwolono Francuzowi mu podać je bezpośrednio, pomimo iż synek miał już założoną sondę do żołądka) i płaczem zażądał jeszcze.

Przed szóstą rano dostałam wzmocnioną dawkę leków na ciśnienie, w kroplówce - odrobinę spadło, więc o 6:30 zawieziono mnie, na łóżku, bez możliwości ruszania się wciąż, do NICU, gdzie mogłam przynajmniej zobaczyć mojego kochanego Lokisia.

W NICU było ciemno, w oknach były zasłonięte rolety, wszędzie pracowały różne maszyny, dookoła było pełno wyświetlaczy z całą masą różnych numerów i cztery (w sali Lokisia) inkubatorki. Dodatkowo mój Malutki Książę miał całą buzię zasłoniętą CPAPem, ponoć nie było dużej potrzeby, ale doktor zadecydował, że przez kilka godzin przyda się maleństwu wsparcie, bo jednak, niezależnie od ilości punktów w skali Apgar - urodził się ponad dwa miesiące za wcześnie. Pozwolono mi zrobić zdjęcie - to był jeden jedyny raz kiedy mogłam wjechać/wejść do NICU bez uprzedniego szorowania się alkoholem itd itp.


Dopiero teraz zauważyłam, iż na zdjęciu, w szybce inkubatorka, odbija się moje łóżko :).

Następnym razem zobaczyłam moje maleństwo dopiero w sobotę popołudniu/wieczorem.

Po krótkiej wizycie wróciłam na salę pooperacyjną. Wciąż nie pozwolono mi niczego zjeść, ani wypić, wciąż nie spałam... i, całkiem prozaicznie, przez brak możliwości ruchu - miałam od wtorkowego poranka nieumyte zęby, włosy itd. Czułam się z tym okropnie. Francuz był wyczerpany na maxa. Dwa razy zasnął na taborecie, siedząc koło mnie i dwa razy z tego taboretu spadł. Ale nic nie przebije tego, iż zasnął - idąc. Szedł od stołu do mojego łóżka i nagle widzę, że zamykają mu się oczy, a on leci na podłogę. Na szczęście nic się nie stało. Chciałam, żeby odpoczął, ale on chciał być ze mną w każdej sekundzie. Zostawił mnie jedynie na chwilę w piątek popołudniu - bo musiał pojechać zarejestrować naszego synka w urzędzie. Całe szczęście, że przez ten cały czas moja Mama czuwała nad nami tuż za drzwiami i dokarmiała mojego Francuza! Byłoby bardzo ciężko bez tego.

Nad ranem w czwartek chciano mi pobrać krew do badań - ale nie udało się. Moje żyły były już tak zmęczone, że z żadnej nie udało się pobrać krwi. Siedziało nade mną kilka pielęgniarek i kłuły mnie w różne miejsca, ale nic z tego nie wychodziło... Jednej z nich przyszło do głowy wkłuć mi się w tętnicę przy kciuku - to był koszmar! Bolało.... Ach, nawet nie mam słów jak bardzo! A i tak nie udało się pobrać krwi.

Te czterdzieści trzy godziny mocno mi się rozmywają, sama już nie wiem co było kiedy. Zbierałam mleczko do strzykawki, Francuz zanosił je Małemu Księciu, moje ciśnienie skakało jak głupie, pielęgniarki śmiały się uprzejmie, że moje dziecko ma lepszą saturację niż ja...

W piątek wieczorem stwierdzono, że niebezpieczeństwo minęło i zawieziono mnie na górę. Ach, jakże się cieszyłam widokiem swojskich (już) brzoskwiniowych korytarzy! Wciąż wiszących świątecznych ozdób i znajomych twarzy....! Ale cieszyłam się niedługo, bowiem okazało się, że jest tak dużo pacjentek na oddziale ciążowych, iż część trzeba było umieścić na oddziale ginekologicznym. Na oddziale ginekologicznym nie było jedynek, wszystkie pokoje były dwuosobowe. Umieszczono mnie w pokoju razem z młodą muzułmanką, świeżo upieczoną mamą bliźniaków-wcześniaków, z hipotrofią. I to była dla mnie, dla nas (mnie i Francuza) katastrofa. Wieczór, daleko od domu, oboje nie spaliśmy od czterech dni, padaliśmy na pyszczki... tymczasem w pokoju dwuosobowym Francuz nie mógł ze mną zostać. Nie wiedzieliśmy co zrobić - w końcu pielęgniarki przyprowadziły dla niego krzesło do spania, rozkładane, pod warunkiem, iż sąsiadka z łóżka obok zgodzi się, by mój mąż w pokoju został. Na szczęście się zgodziła. Zasunęliśmy zasłonę, oddaliśmy jej całkowitą władzę na pilotem do telewizora i chcieliśmy pójść spać. Poszliśmy z lekkim opóźnieniem, bo okazało się, że muszę jeszcze dostać leki na ciśnienie, kroplówkę z paracetamolem i zastrzyki przeciwzakrzepowe... (brr). Ale zdjęto mi ciśnieniomierz, elektrody - chociaż jeszcze nie mogłam wstawać, ani się za bardzo ruszać - przynajmniej mogłam SPAĆ. Francuz również przyniósł mi w jakimś pudełeczku wodę i odnalazł moją szczoteczkę do zębów - więc poczułam się (fizycznie) o niebo lepiej. Psychicznie byłam wrakiem.

W sobotę rano sytuację odkrył mąż sąsiadki  muzułmanki i wyraził bardzo zdecydowany sprzeciw na pobyt mojego męża w pokoju. Ba, zażądał, by mąż wychodził za każdym razem kiedy jego żona wstawała do łazienki czy też jadła, lub odciągała mleko (mimo, iż zasłona pomiędzy łóżkami była zasłonięta). Sam za to nie odczuwał żadnego wstydu gapiąc się na mnie. Byliśmy w kropce, Francuz nie chciał mnie zostawić, ja nie chciałam zostać sama. Na szczęście, w szpitalu byłam tak długo, że położne z patologii ciąży zdążyły mnie poznać i polubić i jakimś cudem, cudem! Tylko dlatego, że ich kierowniczka była akurat na urlopie, udało im się i znalazły dla mnie pokój. Ba, nawet im się udało przeprowadzić mnie do "mojego" pokoju, tego, w którym byłam na samym początku. Przewiozły mnie, w końcu wyjęły mi cewnik, a następnie zaczęła się pionizacja, uczenie mojego męża jak ma się mną zajmować, jak pomagać się myć, itd itp :). Jeszcze tego samego dnia wieczorem (sobota) wreszcie zobaczyłam ponownie mojego ukochanego Małego Księcia! Tym razem przyjechałam do niego na fotelu (wciąż z kroplówką) i pozwolono mi go kangurować! I spróbować nakarmić.  I zrobiono mi z nim zdjęcie :).

Ach, no właśnie, kompletnie bym zapomniała - a to takie było dla mnie wówczas ważne - pielęgniarki Lokisia z NICU codziennie robiły mu zdjęcia, czasami nawet kilka i przynosiły je do mnie na górę (NICU znajduje się koło porodówki, z oczywistych względów). Spałam z tymi zdjęciami i miałam je cały czas przy sobie.




W pokoju czekała też na mnie pompa firmy Medela Syphony - szpital dał mi ją na trzy miesiące, zapewniając równocześnie zapas akcesoriów na te trzy miesiące oraz wachlarz nakładek w każdym chyba rozmiarze :).

O, taka:


Kiedy potem zobaczyłam jej cenę na Amazonie to myślałam, że padnę, ponad 2000 dolarów... Wow.

Następne dni upływały bardzo monotonnie, odciąganie mleka, leki co kilka godzin, kroplówki, próby pobierania krwi co rano, ciśnienie badane co kilka godzin, w międzyczasie wizyty w NICU, kangurowanie... wizyty mojej Mamy w szpitalu i....
...
...
depresja. Nie potrafiłam wrócić do realnego świata, cały czas miałam wrażenie, że oglądam film z moim udziałem. Płakałam - bardzo dużo. Nie potrafiłam sobie poradzić z całą sytuacją. Jak tylko Francuz wspomniał położnej, że chyba mam depresję - w trybie natychmiastowym (dosłownie! była u mnie zaledwie dziesięć minut później) ściągnięto do mnie psychiatrę/psychologa. Czy mi to pomogło? Może w pewnym sensie tak, bo pewne rzeczy powiedziałam głośno. Wciąż czułam się abstrakcyjnie, ale odrobinę lepiej.

Tak naprawdę jednak depresja mi minęła dopiero jak Mały Książę skończył dziewięć miesięcy, o ile dobrze pamiętam.

Pożytek z pani psychiatry był za to bardzo duży w kwestii mojego męża, bowiem okazało się, że po urodzeniu się wcześniaka - mężowi, ze względu na stres towarzyszący wszystkim wydarzeniom, należy się dodatkowe zwolnienie, dzięki czemu mógł być ze mną dłużej w domu niż tylko podczas urlopu tacierzyńskiego. :)

We wtorek w końcu wyjęto mi wenflon! I mogłam zdecydowanie pewniej przytulić Małego Księcia.



W środę rano zdjęto mi szwy i z całą masą zaleceń wysłano mnie do domu. Oprócz zaleceń dostałam też kolejne różowe pudełko, ale o nich napiszę innym razem :). Wiem, że w Polsce też są, ciekawe czy bardzo się różnią zawartością? :)

W następnych częściach Naszej Historii mam zamiar opisać Lokisiowy pobyt w NICU w Nicei, a potem miesiąc, który spędził na neonatologii w Cannes :).

Ciężko mi było to wszystko opisać - ale przyznam, że teraz, kiedy kończę ten wpis - jest mi dużo lżej. Już się nie trzęsę :).

Friday, May 8, 2015

Nasza historia, część 4

Szósty styczeń, 2015, szpital w Nicei, L'Archet.

USG. Dziecko w porządku, waga jakby ciut większa niż poprzednio, więc też dobrze - jedynie bardzo podejrzanie długo pani robiąca USG wpatrywała się w mózg naszego synka, ale zapytana stwierdziła, że myślała, że coś widzi, ale, że chyba jednak jest w porządku (taką samą sytuację mieliśmy w listopadzie - wciąż nie wiem czego wówczas się doktor doszukiwał). Za to tętnice maciczne w stanie dużo gorszym niż poprzednio - notche już na obydwu, obydwie poza skalą, opór bardzo duży.

W tym szpitalu plan dnia mamy trochę inny niż w Cannes -
1. Rano, przed szóstą, pobieranie krwi (4 fiolki, więc mniej niż poprzednio), zmiana dzbanka na mocz na nowy, pierwsze badanie ciśnienia.
2. Około siódmej sprawdzanie wagi, temperatury, obwodu brzucha
3. Pomiędzy ósmą a dziewiąta śniadanie, a tuż przed nim pierwsze sprawdzanie cukru, tuż po nim dzienna zmiana przychodzi się przywitać
4. Pomiędzy dziewiątą a dziesiątą pomiar ciśnienia, a zaraz po nim KTG albo VCT*
5. Około jedenastej - drugie sprawdzanie cukru
6. Pomiędzy dwunastą a trzynastą - lunch, a tuż przed nim trzecie badanie cukru
7. Około czternastej KTG i ciśnienie
8. Pomiędzy czternastą a piętnastą czwarte badanie cukru
9. Czas wolny aż do siedemnastej :), a w tak zwanym międzyczasie przekąska o szesnastej
10. O siedemnastej ponownie KTG albo VCT i ciśnienie
11. Osiemnasta: piąte badanie cukru i kolacja
12. Czas wolny aż do 22, ale około dwudziestej badanie cukru
13. Około dwudziestej drugiej nocna zmiana przychodzi się przywitać i pomiar ciśnienia
14. Przed północą pomiar ciśnienia - ale ten zależał od zmiany i od moich wcześniejszych pomiarów
15. Pomiędzy północą i szóstą rano: spanie :)

Moim lekarzem prowadzącym został młody chłopak, pierwszy rok będący w tym szpitalu, zaraz po studiach - sympatyczny, zabawny - przezywaliśmy go z Francuzem "hashtag: lol", dlatego, że kiedyś przechodziliśmy koło dyżurki, on opowiadał jakąś anegdotę, którą zakończył właśnie mówiąc "#lol!". Myślę, że Scrubs to był jeden z jego ulubionych seriali, bowiem zachowywał się tak jakbym się tego spodziewała po głównym bohaterze tego serialu. Ba, nawet fryzurę i styl ubierania się miał podobny.

Pomimo tego, że L'Archet jest starszy niż szpital w Cannes i znacznie mniej nowoczesny - atmosfera w nim, przynajmniej na moim piętrze, była znacznie lepsza. Całość wydawała się cieplejsza, obsługa zdecydowanie milsza - prawie wszyscy pracownicy byli zawsze uśmiechnięci, mili, odpowiadali na pytania, sprawiali, że człowiek czuł się bezpiecznie, tudzież prawie bezpiecznie. Była jedna kobieta, która dowodziła ekipą pomocników, a jej zajęciem było okazjonalne sprawdzanie ciśnienia, donoszenie karafek z wodą, upewnianie się, że pacjentki mają wszystko co mieć powinny - ona była zawsze bardzo surowa i na początku nawet nieprzyjemna. Ale - postawiłam sobie za cel, zjednać ją sobie - zawsze się do niej uśmiechałam, zawsze byłam bardzo bardzo miła, zagadywałam ją i generalnie starałam się ją ocieplić i udało się! Kiedy pierwszy raz sama z siebie się do mnie uśmiechnęła prawie skakałam z radości :). (Na patologii ciąży była jedna mniej przyjemna położna, ale na szczęście miałam z nią do czynienia tylko raz, ale o tym później).

Pokój był pomarańczowy, ciepły, przyjazny. W pokoju łóżko dla męża (tudzież osoby towarzyszącej), biurko z krzesłem oraz kontaktami obok, oczywiście stolik do jedzenia (na kółkach), szafeczki, szafka na rzeczy dla dziecka połączona z miejscem do przewijania i kąpania dziecka, szafa dla pacjentki - z kłódką i kluczem. Każdy pokój przeznaczony tylko dla jednej pacjentki i jej osoby towarzyszącej. W pokoju również telewizor, lampki o różnym nasileniu światła i łazienka. Łazienka również była przyjemniejsza niż w Cannes - bo w Cannes prysznic i toaleta były w jednym pomieszczeniu, niczym nie odgrodzone, więc kiedy brało się prysznic zalewała się równocześnie cała "podłoga" toalety. W L'Archet prysznic był w osobnej, zamykanej kabinie, toaleta obok, zlew... Oczywiście również drugi zlew przy wejściu do pokoju, łącznie z obowiązkową butelką żelu alkoholowego na ścianie - dla lekarzy. :)

W czasie wolnym w ciągu dnia zazwyczaj chodziliśmy (z Francuzem, a czasem też i z Mamą, bo do mnie przyleciała) do kawiarenki na dole, gdzie kupowałam sobie herbatę, a potem na taras, gdzie był zasięg :). Pomimo tego, iż był styczeń - było dość ciepło, zimno się zrobiło dopiero pod koniec naszego pobytu. Wieczorami kuliliśmy się z Francuzem na moim łóżku, wtulaliśmy się w siebie i oglądaliśmy telewizję lub graliśmy w gry na jego laptopie/moim ipadzie.

Drugi wenflon miałam w ręku tydzień, aż w końcu mi go wyjęli, bo stwierdzili, że moja żyła już jest w kiepskim stanie, więc i tak by go nie użyli, więc jeśli będzie trzeba - dostanę nowy.
W środę, siódmego stycznia, miałam rano spotkanie z ordynatorką oddziału (lekarz prowadzący przychodził codziennie) - ku mojemu zdziwieniu oświadczyła, iż moje wyniki, chociaż są złe - trochę się ustabilizowały. Stwierdziła, że naszym celem jest jak najdłuższe ciągnięcie ciąży, aby dziecko miało jak największe szanse - ale w granicy mojego zdrowia... To odrobinę poprawiło mi humor, zwłaszcza, kiedy usłyszałam, że ona oczywiście nie może niczego obiecać, ale że prawdopodobnie uda się wytrzymać jeszcze kilka dni, może nawet tydzień. Umówiła mi również wizytę anestezjologa oraz neonatologa (to był wciąż 29 tydzień, wiadomo było, iż tak czy inaczej nasz synek będzie w NICU czyli neonatal intensive care unit, czyli OIOMie dla noworodków).

Anestezjolog przyszedł godzinę później i doprowadził mnie prawie do histerii, przeraził mnie. Na początku pomylił Polskę z Rosją (nienawidzę tego!) i przywitał się ze mną po rosyjsku, odpowiedziałam zdziwioną miną ;). Zrobił wywiad, a jakże. A potem oświadczył, że do znieczulenia i operacji powinnam tak naprawdę być dużo młodsza, optymalnie mieć koło dwudziestu lat i mieć co najmniej tyle samo wagi mniej. Powiedział mi, że mogę mieć problem ze znieczuleniem (nie miałam) i że pewnie będzie potrzebna narkoza (nie była). Powiedział mi, że wtedy bym miała większe szanse (młodsza, szczuplejsza). Kiedy powiedzieliśmy mu, że rano otrzymaliśmy dobre wiadomości i że prawdopodobnie uda się wytrzymać jeszcze nawet około tygodnia - odpowiedział grobowym głosem (miał cudny, "brytyjski"-angielski, który pewnie przez jakiś czas jeszcze będzie mi się źle kojarzył) "ja rozumiem, że pani chce się łudzić jak najdłużej, ale ja tu jestem po to, żeby powiedzieć pani prawdę. Nie wytrzyma pani tygodnia. Ba, nie wytrzyma pani do soboty. Moim zdaniem operacja będzie dzisiaj w nocy.". Dodał, że wszystko może się zmienić w każdej chwili, z minuty na minutę. I że każdy przypadek preeclampsii jest inny, że w zasadzie nie ma dwóch takich samych przebiegów, więc nikt nie wie czego się spodziewać.

Nigdy więcej go nie zobaczyłam ;).

Kiedy wyszedł - spanikowałam, wpadłam w histerię, zupełnie nie umiałam sobie poradzić z tym wszystkim co na mnie spadło, ze świadomością, że przez moje głupie ciało stawiam w tak podbramkowej sytuacji nasze dziecko, że będzie operacja... i do tego doszło już wszystko inne, poranny stres związany z pobieraniem krwi (fobia!), stres przy każdorazowym pobieraniu ciśnienia - cały czas wydawało mi się, że to ja powinnam mieć nad tym kontrolę, że powinnam umieć zapanować nad swoim ciałem i zmusić je do poprawnego ciśnienia - więc się zapętlałam, im bardziej się stresowałam tym było wyższe, im było wyższe tym bardziej się stresowałam. Położne przeraziły się moim stanem i zaproponowały mi rozmowę z psychiatrą oddziałowym (w sumie do tej pory nie wiem czy ona była psychiatrą czy psychologiem), zgodziłam się.

Przyszła po godzinie, poświęciła nam godzinę.  W sumie nie dowiedziałam się niczego nowego, nie za bardzo mi pomogła - głównie poinformowała mnie, że mam wewnętrzny ośrodek kontroli (to już wiedziałam wcześniej), że nie mogę kontrolować wszystkiego co się ze mną dzieje (wiem, ale to nie zmienia faktu, iż uważa(ła)m, że powinnam) i że powinnam "let go" i się rozluźnić (tak jest, łatwo powiedzieć). Jeszcze dodała, że ciąża to jest brutalny i nieprzewidywalny proces. W sumie pomogła mi o tyle, że ile razy o niej pomyślałam to miałam od razu w głowie piosenkę "Let it go" z filmu Frozen - i stwierdziłam, że spróbuję podczas mierzenia ciśnienia nie myśleć o kontrolowaniu wyników, ale właśnie sobie śpiewać to w myślach - i przynajmniej to odrobinę pomogło.

Generalnie jednak wiedziałam, że wisi nade mną miecz Damoklesa, nikt nie potrafił niczego przewidzieć, każdy miał nadzieję, że uda się dotrzeć do kolejnego dnia bez operacji, pięćdziesiąt razy dziennie byłam pytana o symptomy związane z preeclampsią: czy nie mam potężnego bólu głowy, czy nagle nie spuchłam, czy nie boli mnie kiedy faire pipi (robię siusiu), czy nie mam muszek przed oczami, czy nie boli mnie brzuch, czy nie mam ucisku w klatce piersiowej... Na wszystko odpowiadałam nie, aczkolwiek - dopiero zauważyłam to po ciąży - puchłam. Zobaczyłam to dopiero na zdjęciach zrobionych podczas porodu (mój Francuz robił zdjęcia dla mojej Mamy, telefonem, żeby pokazać jej mój stan) - zatkało mnie. Dopiero potem przejrzeliśmy zdjęcia "w tył" i zobaczyliśmy, że faktycznie puchłam. Ale puchłam tak wolno (podczas gdy normalnym objawem byłoby spuchnięcie bardzo szybkie), że nikt tego nie zauważył, łącznie z nami.

Tak sobie trwałam, przeżywając dzień po dniu, godzina po godzinie. Miałam depresję, kiedy szliśmy na taras, z którego było widać parking, a na parkingu nasz samochód - płakałam, bo miałam wrażenie, że już nigdy ze szpitala nie wyjdę. Bałam się operacji, po pamiętnej rozmowie z anestezjologiem jeszcze bardziej. Codzienny niesamowity stres związany z pobieraniem krwi robił swoje. Niewiedza co i kiedy i bycie cały czas w stanie wysokiego napięcia - to była ostatnia kropla. Po każdym dniu pisałam dziewczynom na mojej grupie fejsbukowej (grupa mam marcowych), że przetrwaliśmy kolejny dzień, żeby trzymały kciuki za noc, a potem za kolejny dzień.

Z dnia na dzień wyniki się pogarszały. Stopniowo, w sposób "ustabilizowany" jak to Doktor Hashtag:LOL mówił, ale się pogarszały. W pewnym momencie przestano mi mówić o wysokości białka w moim moczu, a lekarz żartował - jeszcze trochę to będzie zupa, a nie mocz ;). Na łeb na szyję leciały mi wyniki wątrobowe. Codziennie pobieranie krwi sprawiło, że zaczęły mi spadać czerwone płytki krwi. Płytki odpowiedzialne za krzepliwość krwi również zaczynały spadać. Obserwacja mnie to był dla nich bardzo delikatny proces, musieli codziennie ważyć wszystkie za i przeciw i decydować: czekamy czy operujemy. Fakt, iż nie miałam typowych dla nadciśnienia objawów (bóle głowy i pozostałe wymienione wcześniej) pomagał im podejmować decyzję "czekamy".

Położne mówiły, że mój pobyt u nich to wielka "gra w czekanie" i sprawdzanie. Mówiły - jeśli dostaniesz posiłek (śniadanie, obiad, przekąskę, kolację) to znaczy, że operacji jeszcze dzisiaj nie będzie. Więc czekałam na każdy posiłek, panikowałam, kiedy się spóźniał.

I tak dzień po dniu, godzina po godzinie...
W trzecim tygodniu stycznia przeniesiono mnie do pokoju na patologii ciąży - tutaj było o tyle lepiej, iż łóżko męża/osoby towarzyszącej było tuż koło mojego łóżka, więc w nocy trzymaliśmy się za ręce. Miałam swoją ulubioną przyszłą położną - studentka Lisa - ponieważ była studentką to przychodziła codziennie (inne położne były dwa razy w tygodniu - była duża rotacja, ponieważ na tych dwóch oddziałach pracuje prawie sześćdziesiąt położnych) i spędzała ze mną dużo czasu. To ona mierzyła mi ciśnienie, wypytywała o objawy, codziennie przychodziła ze mną porozmawiać... bardzo ją polubiłam i jej zaufałam. Moją ulubioną położną była Julie (ta, która nas przyjęła) oraz o dziwo, sztywna i bardzo restrykcyjna położna, której imienia nie pamiętam. Była bardzo szczera i bardzo mi tym imponowała, niczego nie owijała w bawełnę, więc czułam, że mogę jej ufać, że powie mi to co potrzebuję wiedzieć.

W trzecim tygodniu dodano również kolejną zabawną czynność - od tej pory musiałam zapisywać wszystkie wypijane w ciągu dnia płyny (w ml), a położne następnego dnia porównywały to z zawartością mojego dzbanka na mocz.

Pod koniec trzeciego tygodnia przyjęłam w końcu leki uspokajające, które proponowano mi już znacznie wcześniej, czułam, jakbym się poddała, ale je przyjęłam. Spałam coraz mniej, coraz krócej, miałam coraz koszmarniejsze sny. Było mi bardzo, bardzo źle, chociaż i moja Mama i mój fantastyczny Francuz robili wszystko, żeby mnie utrzymać w jak najlepszym stanie i starali się mnie podtrzymywać na duchu.

W poniedziałek, w czwartym tygodniu, wiedziałam, że jest źle, jeszcze zanim mi to powiedział Doktor Hashtag:LOL. Z wypitych czterech litrów wysiusiałam zaledwie 100ml, a mocz był praktycznie brązowy. Nerki przestawały działać... Bolały mnie plecy na poziomie nerek..

We wtorek Doktor Hashtag:LOL zaskoczył mnie informacją, iż po konsultacji wyników KTG i VCT z neonatalogiem uznali, że zamiast operacji - wywołają poród. Bardzo mnie to uspokoiło, chociaż kompletnie nie wiedziałam czego się spodziewać. Przeraził mnie jednak informacją, że mam się spakować, że na dole już na mnie czekają i że są gotowi, żeby się mną zająć. Ledwo zdążyłam wziąć prysznic podczas gdy Francuz nas pakował; tego dnia zjadłam tylko śniadanie (następny posiłek zjadłam dopiero w niedzielę). W tak zwanym międzyczasie przyszedł do nas jeszcze neonatolog i wyjaśnił, że próbujemy porodu naturalnego bo nasze dziecko jest silne i poród naturalny będzie dla niego lepszy niż cesarka. Wyjaśnił nam też jak będzie wyglądał pobyt naszego dziecka w NICU i oświadczył, że widząc wyniki on jest dobrej myśli. To była pierwsza tak pozytywna rzecz, którą nam ktokolwiek w szpitalu powiedział - do tej pory kiedy pytaliśmy o szanse, moje czy dziecka, to każdy się asekurował, mówiąc, że muszę pamiętać, że wszystko może się zdarzyć i że nie mogą odpowiedzieć jednoznacznie.

Około jedenastej moje rzeczy zostały przekazane do schowka, wzięliśmy ze sobą tylko najpotrzebniejsze, następnie zawieziono nas na dół, windą dla personelu. Wszyscy życzyli mi powodzenia, mówili, że dobrze się nam na dole zajmą...

Zjechaliśmy na piętro -3, atmosfera była tak samo zimna i beznadziejna jak pierwszego dnia kiedy przyjechałam do tego szpitala... Położna z góry zostawiła nas z położnikiem, który zaprowadził nas do małego pokoju "prelabor", w którym nie było miejsca prawie na nic. Wszędzie stały maszyny, monitory, jedno łóżko, jedno krzesło. Niewygodne krzesło, niewygodne łóżko, na którym kazano mi się położyć i czekać...

I tak oto zaczął się najdłuższy i najbardziej męczący tydzień w moim życiu.

Ciąg dalszy nastąpi, bo mimo, iż nie jest jeszcze w pół do drugiej, a zaledwie za dwadzieścia pierwsza - mój Mały Książę obudził się i żąda zagwarantowania dostępu do piersi. Negocjacje dotyczące czasu (błagam kotku, jeszcze minutkę!) na nic się nie zdają, Mały Książę zaczyna brzmieć już jak mała syren(k)a alarmowa, w związku z powyższym: do następnego razu!

*VCT - KTG z dodatkowym twistem - dostawałam do ręki przycisk, który musiałam przyciskać za każdym razem kiedy czułam ruchy dziecka, następnie było to porównywane z wynikami serca i skurczy :).

Sunday, May 3, 2015

Nasza historia, część 3

W poprzedniej notce zapomniałam napisać, że ponieważ leki na ciśnienie nie bardzo działały to w tak zwanym międzyczasie miałam jeszcze dwa emergency spotkania z kardiologiem, który zwiększał mi dawkę leku (pod jego opieką brałam Amlor).

***
W szpitalu okazało się, że nie ma już konsultacji, z racji Sylwestra, więc miałam dwa wyjścia - albo pójść od razu na ER (emergency) albo spróbować porozmawiać z kimś z oddziału położniczego. Wybrałam to drugie, więc wjechaliśmy na pierwsze piętro, zadzwoniliśmy, poczekaliśmy chwilę i zaraz wyszła do nas położna. W różowej peruce, obsypana brokatem i z przesadzonym różowym makijażem ;), okazało się, że na oddziale położniczym w najlepsze trwa impreza sylwestrowa :). Była bardzo sympatyczna i żartowała cały czas, aż do momentu, w którym wysłuchała z czym przyszliśmy i zerknęła na moje wyniki. Natychmiast spoważniała i bez dalszych pytań zaprowadziła nas do sali przygotowującej do porodu (prelabor - brakuje mi polskich słówek), gdzie zaraz podpięła mnie pod KTG (to był mój pierwszy raz) i pod ciśnieniomierz, który badał moje ciśnienie w odstępach 15 minutowych. Pierwsze pomiary wyszły bardzo wysokie - 180/110, 190/115... Ale ponieważ nie było jeszcze decyzji co dalej postanowiono wstrzymać na razie leki na ciśnienie.

Aż do 19 przewijały się przez "nasz" pokój różne położne, robiły mi KTG, mierzyły ciśnienie, o 19 nastąpiła zmiana warty i okazało się, że moja pani Doktor D. ma akurat dyżur tej nocy. Przyszła do nas bardzo szybko po objęciu stanowiska i poinformowała, że niestety, ale diagnoza już jest: preeclampsia. Już dość poważna, co oznacza, że zmiana nastąpiła dość szybko i może bardzo szybko postąpić dalej. W związku z czym zostanę zatrzymana w szpitalu na 48 godzin na obserwację.

Spanikowałam kompletnie, zwłaszcza, kiedy się okazało, że na "wszelki wypadek" muszę mieć założony wenflon (nigdy w życiu wcześniej nie byłam w szpitalu, oraz panicznie, panicznie boję się igieł). Wpadłam w histerię ;), więc dostałam leki na uspokojenie, podwójną dawkę. Pielęgniarka, która miała mi założyć wenflon była przemiła, powiedziała, że doskonale mnie rozumie, bo jej córka tak samo się boi. Zanim cokolwiek zrobiła - dała mi do ręki jeden zestaw "wenflonowy" i pozwoliła rozłożyć na części, zobaczyć każdy element, sprawdzić czy jest elastyczny (wcześniej myślałam, że w żyle jest coś twardego typu igła i przerażało mnie, że przy ruszaniu się mogę sobie żyłę na przykład przebić na wylot). Dała mi czas na zadawanie pytań, nawet (z perspektywy czasu) tych najbardziej idiotycznych. Następnie, opisując mi cały czas co dokładnie robi - sprawdziła moje żyły i gdzie zrobi wkłucie, a potem to miejsce posmarowała kremem Emla i zostawiła mnie na godzinę, żeby zaczął działać.

Podczas tej godziny przyszła moja pani Doktor D. i wzięła nas na USG. Pokoje z maszynami USG były w skrzydle konsultacji; całe to skrzydło było już zamknięte, była noc - Doktor D. poprowadziła nas korytarzami dla lekarzy, otwierając i zamykając każdy korytarz po drodze specjalną kartą-kluczem. Wszędzie było ciemno i pusto, przerażająco. W skrzydle konsultacyjnym również wyłączone były wszystkie światła, a kiedy wreszcie dotarliśmy do pokoju z USG Doktor D. włączyła tylko małą lampkę, żeby było lepiej widać obraz na ekranie komputera. Bardzo, bardzo nie lubię ciemności i nie czuję się w niej komfortowo - w domu NIGDY nie śpię w ciemności i w ciszy, nigdy.

USG na szczęście wykazało, że wszystko jest w porządku z dzieckiem, o dziwo jakimś cudem dostaje wciąż pokarm - bo widać, że rośnie. Wróciliśmy do sali prelabor. Ciekawostka - wszystkie sale przygotowujące do porodu oraz sale porodowe - to jedynki :).

Wszystko było tak surrealne, że aż nie mogłam uwierzyć, że się dzieje. Cały personel oddziału położniczego był poprzebierany, wszędzie był brokat, radość, muzyka, podoklejane rzęsy, różowe peruki, fikuśne kapelusiki...

Przy akompaniamencie radosnej muzyki pielęgniarka zakładała mi wenflon, krok po kroku opowiadając co robi i czekając na to, żebym do każdej jej kroku się przyzwyczaiła i pozwoliła na kolejny. Uwielbiałam ją za to.

Później pobrano mi krew (już drugi raz tego dnia), tym razem aż osiem fiolek. Było już po 23 kiedy zaprowadzono nas na inny oddział, na oddział maternity (znowu brakuje mi polskich słówek, to oddział dla kobiet, które są jeszcze przed porodem oraz tuż po porodzie, nie wiem jak to się nazywa?). W tym szpitalu nie było oddziału patologii ciąży, więc dostaliśmy pokój, w którym było miejsce do kąpania i przewijania dziecka, dodatkowe szafki dla dziecka i miejsce na łóżeczko. Okna wychodziły na morze :). W pokoju była też łazienka z prysznicem oraz dodatkowy zlew tuż przy drzwiach wejściowych, żeby lekarze mogli też umyć ręce wchodząc lub wychodząc od pacjentki.

Ponieważ nie jedliśmy kolacji to położne na tym oddziale zaproponowały, że przyniosą nam to co zostało w kuchni (bo już nie wydawali regularnych kolacji) oraz makaroniki (czyli francuskie ciasteczka z mączki migdałowej). Podziękowaliśmy, zjedliśmy kolację i pozostawiono nas samych sobie już do rana. Ach, dostałam jeszcze kolejny trzylitrowy, plastikowy dzban do zbierania moczu (i aż do porodu zamiast toalety musiałam używać tylko tych dzbanków właśnie)  oraz szpitalne urządzenie do sprawdzania cukru, bo przecież wyszliśmy z domu tylko na chwilę, więc nie brałam swojego, nie mieliśmy przy sobie niczego.. Zmieniono mi także leki na ciśnienie i zamiast Amloru teraz dostałam Aldomet. O Aldomecie uczyłam się na studiach, to metyldopa, czyli lek blokujący powstawanie dopaminy, więc nie bardzo chciałam go wziąć, ale nie miałam wyboru.

Ten oddział zamiast łóżek dla osoby towarzyszącej miał tylko rozkładane fotele, więc nie był to dla Francuza szczyt komfortu.

Ze szpitalnego okna obejrzeliśmy o północy pokaz fajerwerków, przytulając się do siebie desperacko, nie wiedząc co dalej będzie. Przerażało nas, że nasze maleństwo może przyjść na świat w zaledwie 29 tygodniu...

Spaliśmy w ubraniach, po lekach uspakajających przespałam twardo całą noc, bez włączonego radia czy tv (w pokoju był telewizor, ale ponieważ przyjęto nas w nocy to nie dostaliśmy jeszcze kodu do włączenia go), dostaliśmy karafkę z zimną wodą i dwie szklanki.

Noc była dość krótka, bo okazało się, że dzień w szpitalu zaczyna się już o szóstej rano. Rano ponownie pobrano mi krew, sześć fiolek. W ciągu dnia Francuz pojechał do domu po nasze rzeczy i oczywiście dokładnie w tym czasie przyszedł do mnie doktor, który akurat miał dyżur, i który niestety nie mówił ani słowa po angielsku. Poprosiłam go, żeby wrócił za godzinę, jak będzie mąż - ale już nie wrócił i tego dnia nie dowiedziałam się niczego nowego. Za to tego dnia z samega rana przyszła do mnie dietetyczka, żeby ustalić ze mną posiłki dla mnie. Wypytała mnie co lubię, czego nie lubię, a czego nie jem (jestem wegetarianką), po czym ustaliła dla mnie indywidualne menu (jak dla każdej pacjentki).

Dostawałam trzy posiłki dziennie (godziny jak w całej Francji: 8-9, 12-13, 18-19 - tu wszyscy jedzą o tej samych porach ;) ) oraz przekąskę (owoc + nabiał) o 16. Na śniadania dostawałam bułeczkę, masło, dżem oraz do wyboru czekoladę na gorąco, kawę i herbatę. Lunche i kolacje były bardzo różnorodne - ale zawsze dostawałam zimną przekąskę - w formie różnych warzyw, następnie ciepłe danie - makaron/ziemniaki/ryż + porcja różnie przygotowanych warzyw oraz jajko/omlet/naleśnik zamiast mięsa/ryby. Potem był deser - zazwyczaj jogurt, ale czasami też mus, flan albo ciasto, do tego owoc, a na koniec bułeczka i kawałek sera, codziennie innego. Do kolacji czasami jeszcze była ciepła zupa zwana potage. 

Drugiego stycznia, w piątek, dowiedziałam się, że moje wyniki się pogarszają, więc mój pobyt z całą pewnością się przedłuży. Ba, powiedziano mi również, że pogarszają się na tyle mocno, iż przyjdzie do mnie anestezjolog zrobić wywiad przed ewentualną operacją...

Kilka razy dziennie robiono mi KTG i każde trwało około godziny. Miałam "własną" maszynę przywiezioną do pokoju. To samo z ciśnieniomierzem, przeznaczony specjalnie dla mnie stał cały czas w moim pokoju. Ciśnienie badano mi podczas KTG, w odstępach piętnastominutowych. Co rano pobierano mi krew - około 6 fiolek.

W sobotę pierwszy raz zaczęto mówić o transporcie do Nicei - bo łatwiej było przetransportować dziecko do NICU poziom 3 we mnie, niż po urodzinach. Ponieważ moje wyniki z dnia na dzień były gorsze, preeclampsia zyskała przymiotnik "poważna", a w niedzielę dostałam pierwszy zastrzyk ze sterydami, który miał pomóc dziecku rozwinąć płuca. W poniedziałek po badaniu krwi i moczu dostałam kolejny zastrzyk ze sterydów, następnie założono mi wenflon na drugą rękę (niezbędny na czas transportu :/ ) i oświadczono, że przetransportowana będę do szpitala w Nicei za chwilę, ponieważ czas goni - helikopterem.

Przyznaję, na początku spanikowałam kompletnie i wpadłam w histerię, już tego wszystkiego było dla mnie za dużo, chciałam do domu, nie chciałam lecieć, na dodatek sama (w sensie: bez Francuza) do nieznanego mi miejsca... Ale obsługa helikoptera była super. Składała się z bardzo przyjaznej pielęgniarki, przystojnego bawidamka pilota oraz przesympatycznego ratownika z bujną czupryną, przez którą przypominał mi Jeana z duetu Jean&Norbert. Wszyscy troje mówili po angielsku. Byli bardzo cierpliwi, czekali, aż się uspokoję, po czym pielęgniarka mnie przytuliła, obiecała, że się mną zajmie, że wszystko będzie dobrze, a pilot i ratownik cały czas żartowali, więc w końcu ja też się uśmiechnęłam i dzielnie dałam się zawinąć w taki dziwny, dmuchany kokon i zawieźć na dach, do helikoptera. Francuz cały czas był przy mnie, aż do momentu, do którego mógł, bowiem niestety nie mógł lecieć ze mną, musiał przyjechać samochodem.

Kilka zdjęć:










To był mój pierwszy lot helikopterem i w gruncie rzeczy poprawił mi trochę humor, na krótko, bo widoki były wspaniałe, a pielęgniarka pozwoliła mi się trochę wydostać z tego dmuchanego kokona, który nie pozwalał mi się ruszyć. Podczas lotu mogłam mieć przy sobie tylko i wyłącznie telefon, reszta rzeczy musiała pojechać z Francuzem.

Po wylądowaniu na dachu szpitala w Nicei nawet pozwolili mi się z tego kokona wydostać, pochodzić po dachu i porobić zdjęcia, ale kiedy przyszły po mnie pielęgniarki z oddziału położniczego (bo labor&delivery to chyba oddział położniczy, mam rację?) to zrobiły aferę, że tak nie można, że szpital jest za mnie odpowiedzialny, wpakowały mnie natychmiast na łóżko i zawiozły do sali do rodzenia. I od tego momentu dzień znowu zrobił się paskudny - mój francuski nie jest najlepszy - sporo rozumiem, ale sama nie mam odwagi, żeby mówić, dodatkowo brakuje mi medycznego słownictwa. Pielęgniarki wiedziały, że nie mówię po francusku i w sumie kompletnie mnie ignorowały podczas wiezienia na salę, rozmawiały między sobą, żartowały, na mnie nawet nie patrzyły. Zawiozły mnie i zostawiły w pustej sali, w której kompletnie nie wiedziałam co ma ze sobą zrobić.

Byłam zmęczona, sama, w sali było duszno i gorąco (ponad 25 stopni), bardzo chciało mi się pić, nie miałam żadnych swoich rzeczy oprócz telefonu. Po jakimś czasie przyszła do mnie stażystka, która mówiła po angielsku, słabo bo słabo, ale po angielsku, kazała mi założyć koszulę do rodzenia, po czym podpięła mnie pod KTG i ciśnieniomierz (odstępy pomiędzy pomiarami 10 minutowe) i zostawiła... na ponad dwie godziny. A wcześniej powiedziała mi, że niestety nie mogę się niczego napić, bo być może będę miała zaraz operację, więc nie mogą mi niczego dać. Ale o tym miał zadecydować lekarz (którego tego dnia w ogóle nie zobaczyłam).

Leżałam więc, w gorącej dusznej sali, z piszczącymi monitorami dookoła (w każdej sali do rodzenia jest też duży monitor, na którym się wyświetlają zapisy KTG z pozostałych sal, żeby w razie czego lekarze mogli szybko zareagować na niespodziewaną sytuację), zestresowana, zmęczona, nie bardzo wiedząc nawet do kogo się odezwać, spragniona, głodna i półnaga, bo koszula była za ciasna w biuście i brzuchu (Francuzki są szczuplejsze ode mnie ;) ), a na dodatek krótka, bo zaledwie do spojenia łonowego... Kiedy Francuz przyjechał i mnie odnalazł, po prawie dwóch godzinach, to rozpłakałam się na jego widok. Na szczęście szybko zrobił ze wszystkim porządek, pozwolono mi się ubrać, pokazano drogę do łazienki, dano mi wodę do picia... Ale na pokój "na górze" (sale do rodzenia są na dole), na oddziale ciąży patologicznych musieliśmy wciąż czekać, aż w końcu się nie doczekaliśmy (wszystkie były zajęte) i o 23 dostaliśmy pokój na oddziale maternity. Wszystkie pokoje na obydwu oddziałach są jednoosobowe, dwuosobowe pokoje są tylko na ogólnym oddziale ginekologicznym.

Pomimo godziny przyjęli nas tam niesamowicie ciepło i zajęli się nami cudownie. Kontrast pomiędzy piętrem -3 (sale do rodzenia), a oddziałem maternity (2 piętro) był niesamowity. W tym pierwszym miejscu było zimno (pod względem atmosfery, nie temperatury), szaro, brakowało kolorów, a obsługa traktowała ludzi jako "przypadki", bo miała z nimi do czynienia tylko przez czas rodzenia; na drugim piętrze wszystko było kolorowe, ściany były brzoskwiniowe, wszędzie wciąż wisiały dekoracje świąteczne, na korytarzu grała muzyka, stał regał z książkami i gazetami do czytania dla pacjentek... Na dodatek akurat miała zmianę przecudowna położna, która do końcu pobytu była moją zdecydowaną ulubienicą, wspaniała młoda dziewczyna o imieniu Julie.

Pomimo tego, że było późno, że wszyscy byliśmy zmęczeni - przedstawiła nam dokładnie całą sytuację, opisała co będziemy próbować zrobić (dotrwać jak najdalej jeśli chodzi o długość ciąży). Bardzo szczegółowo odpowiedziała na każde nasze pytanie i bardzo podniosła nas na duchu. Następnie pomocnice przyniosły nam jedzenie, przepyszny ryż z czymś i makaron z czymś jeszcze lepszym - już nie pamiętam co to było. Zaopatrzono nas też w wodę, szklanki, mnie oczywiście zaopatrzono też w dzban do zbierania moczu i powiedziano, że na dzisiaj mamy spokój, możemy iść spać, ale żebym się przygotowała na to, że następnego dnia rano zaczynamy dzień o 6 rano, pobraniem krwi oraz badaniem ciśnienia.

Ach, jeszcze tego samego wieczora zwiększono mi dwukrotnie dawkę Aldometu do 1,5g dziennie (maksymalna dawka to 2g dziennie).

Ciąg dalszy nastąpi :).


Friday, May 1, 2015

Nasza historia, część 2

Tego samego dnia zadzwonił do nas kardiolog z wynikami z holtera, stwierdził nadciśnienie ciążowe i powiedział mi, że średnia mojego ciśnienia wyszła 160/90. Umówił nas na spotkanie, żeby przepisać mi leki, bardzo nas uspakajał. Następnie oddzwonili do nas ze szpitala w Cannes, poinformowali o dokładnej godzinie spotkania z nową panią Doktor D. oraz o tym, że status mojej ciąży to aktualnie "zagrożona".

Z perspektywy czasu dotarło do mnie, że Doktor I. zdawał sobie sprawę czym i jak to się zakończy - ale nie chciał nam powiedzieć, żeby nas nie zdenerwować jeszcze bardziej. Poprosił, żeby przekazać Doktor D., żeby koniecznie zleciła mi dwudziestoczterogodzinne badanie moczu.

Następnego dnia spotkaliśmy się w szpitalu z Doktor D., która okazała się być bardzo sympatyczna; bardzo dużo i szybko mówiła, dużo się śmiała i żartowała, ale kiedy przyszło co do czego zrobiła się poważna. Zleciła mi kolejne badania krwi (chociaż te i tak robiłam regularnie co miesiąc, z moją fobią to było za każdym razem traumatyczne przeżycie nie tylko dla mnie, ale i dla pracowników laboratorium, jedna dziewczyna wręcz chowała się na mój widok, żeby tylko nie musieć mi pobierać krwi - ale o fobii i jak sobie z nią radzę napiszę kiedyś osobną notkę) oraz dwudziestoczterogodzinne badanie moczu, również miałam od razu zbadany mocz i ciśnienie na miejscu. 

Rozchorowałam się już na całego, gardło bolało mnie niemiłosiernie, oczywiście, żadnych leków nie mogłam wziąć... U pani Doktor D. prawie zwymiotowałam, tak się źle czułam. Ale to nie miało żadnego znaczenia. W sumie pani Doktor D. podniosła mnie trochę na duchu, bo po niezliczonych rozmowach telefonicznych dzień wcześniej z Doktorem I. miałam już wrażenie, że prawie umieram, zwłaszcza, jak plastycznie opisał mi, że w związku z tym co się dzieje z moimi tętnicami macicznymi krew jest zawracana do organizmu i może niechcący trafić do innych organów co może skończyć się tragicznie...

W czwartek przyjechała do mnie Mama :). Kolejne dni upływały dość spokojnie - zgodnie z zaleceniem lekarza mierzyłam ciśnienie trzy razy dziennie, Mama się nami zajmowała i mimo, iż atmosfera generalnie była bardzo ciężka, to obecność mojej Mamy bardzo nam pomogła.

W niedzielę wieczorem ciśnienie skoczyło mi do 180/110. Przez dwie godziny Mama różnymi domowymi sposobami zbijała mi ciśnienie, aż się w końcu udało i spadło do 136/80. Oby do wtorku.

We wtorek kardiolog zrobił mi ponownie EKG, a potem echo serca - tu na szczęście wszystko było w porządku. Potem powiedział mi, że robi to na potrzeby anestezjologa, żeby w razie operacji wiedzieli ja mnie znieczulić. Potwierdził nadciśnienie ciążowe, pocieszył, że pewnie wróci do normy po ciąży i przepisał mi leki. Zrobił mi też kilka pomiarów ciśnienia w trakcie wizyty, wszystkie wyszły dość wysokie.

W czwartek - piątek zebrałam dwudziestoczterogodzinną próbkę moczu, a w piątek zrobiłam zaleconą mi morfologię oraz badania w kierunku cukrzycy ciążowej, trzy godziny, trzy kłucia ;). Wyniki miałam od razu w piątek wieczorem... Okazało się, że w moczu pojawiło się białko, ale jeszcze w granicach normy, poniżej alarmującej granicy. Stwierdzono u mnie też cukrzycę ciążową... bo mój wynik przekroczył normę o 0,01...

W kolejnych dniach okazało się, że pomimo leków na ciśnienie - ciśnienie wciąż stopniowo mi rośnie. Atmosfera w domu była okropna, baliśmy się, przytłaczał nas smutek i wciąż oczekiwanie na to co będzie. Co tydzień spotkania z Doktor D., a po ostatnich wynikach umówiono mi też spotkanie z endokrynolog, diabetolog i pielęgniarką - wszystkie trzy spotkania na rano w Wigilię. Yay.

Endokrynolog się rozchorowała, diabetolog spędziła godzinę rozmawiając ze mną o tym co jem, by na końcu mnie pochwalić, że w sumie jem bardzo dobrze i ona nie ma mi niczego do zarzucenia, a pielęgniarka później miała mnie nauczyć obsługi urządzonka do pobierania i sprawdzania krwi, bo  od tej pory musiałam sobie sprawdzać cukier sześć razy dziennie... SZEŚĆ. Także pierwszy prezent świąteczny, który dostałam w tym roku - proszę bardzo, śliczne urządzonko do pomiaru cukru (szpital mnie zaopatrzył w urządzenie, igły, paski do sprawdzania oraz pojemnik na odpady).

Z mojej inicjatywy kupiliśmy też paseczki do sprawdzania białku w moczu i sprawdzałam co jakiś czas w domu czy wszystko jest w porządku.

29 grudnia było nie w porządku. Pamiętam, wyszłam z łazienki z trzęsącymi się dłońmi i powiedziałam do Francuza "I think we might have a problem". Francuz szukał wymówek, próbował usprawiedliwić obecność tego przeklętego białka, prosił mnie kilkakrotnie, żebym robiła ponowne próby... Ale nie chciało być inaczej. Paseczki uparcie pokazywały obecność białka.

Tego samego dnia mieliśmy umówione pierwsze spotkanie z położną, pojechaliśmy się więc z nią zobaczyć i mieliśmy nadzieję, że czegoś się od niej dowiemy związanego z moim ciśnieniem, z tym nieszczęsnym białkiem... Ale położna była bardzo "chillax" jak to Francuz określił. Do wszystkiego podchodziła na pełnym luzie i każde moje zmartwienie kwitowała krótkim "nie martw się, życie będzie lepsze, ciesz się ciążą". No cóż...

Miałam zlecenie na morfologię i kolejny test dwudziestoczterogodzinny przed kolejną wizytą u Doktor D., która miała być w styczniu - więc postanowiłam wykorzystać to zlecenie i mocz zebrałam z 30 na 31, a 31 pojechaliśmy do laboratorium na pobranie krwi.

Wyniki były o 17, ale tak naprawdę jeszcze zanim je zobaczyłam, już wiedziałam, że będą złe. I były.

Postanowiliśmy nie czekać na wizytę styczniową, ale zapakowaliśmy się do samochodu i 31 grudnia pojechaliśmy do szpitala w Cannes, żeby sprawdzili co i jak z tymi wynikami... Nie spodziewaliśmy się, że po wyjściu z domu tego dnia - wrócę do niego dopiero 28 stycznia...

Ciąg dalszy nastąpi, bo znowu jest w pół do drugiej rano/w nocy, więc czas na karmienie Małego Księcia :). Znowu nie wiem czy notka ma sens, bo byłam mocno zdekoncentrowana pisząc ją. 

Thursday, April 30, 2015

Nasza historia, część 1, (długa notka)

Z jednej strony ciężko mi się zabrać za tę notkę, z drugiej strony chciałabym to wszystko z siebie wyrzucić. Spróbuję. Nie gwarantuję ile uda mi się dzisiaj napisać.

Zobaczymy.

Odwagi!

:)

***
Kiedy podjęliśmy decyzję o tym, że chcemy powiększyć naszą małą rodzinkę zaczynało się właśnie lato. Było ciepło, pięknie, jak to na Lazurowym Wybrzeżu :). Pierwszą próbę podjęliśmy w czerwcu - i podejrzewaliśmy, że jest udana, bo pierwsze objawy, które by na to wskazywały miałam bardzo wcześnie, zaledwie kilka dni później.

Tydzień później poszliśmy z Francuzem do Leroy Merlin w Antibes, gdzie chcieliśmy kupić pudła, żeby schować do nich zimowe ubrania. Wszystko było dobrze, aż do momentu, w którym nie zauważyłam, że podczas zmiany ekspozycji zmieniona została także podłoga - w jednym miejscu została podwyższona. Źle stanęłam, stopa mi się przekręciła i przewróciłam się jak długa, spadając z tego minimalnego podwyższenia. Zażartowałam wtedy, że jeśli jestem faktycznie w ciąży - i wciąż w niej będę po tym upadku - to nasze maleństwo naprawdę musi chcieć żyć i być wojownikiem. Miesiące później, z perspektywy czasu, kiedy topiłam się w poczuciu winy - zastanawiałam się czy przypadkiem to wszystko nie wydarzyło się właśnie przez ten upadek? A może to wszystko by się nie wydarzyło, gdyby nie to? Może powinnam była bardziej patrzyć pod nogi? Ech.

Test, który potwierdził obecność małego lokatora w moim brzuszku, zrobiłam 13 lipca 2014 :), byliśmy bardzo szczęśliwi. Francuz zawsze traktuje mnie jak księżniczkę, ale od kiedy dowiedział się, że noszę w brzuszku następcę tronu - awansowałam do bogini :).

Od kilku lat prowadzę jeszcze innego bloga, który jest ukryty i dostępny dla zaledwie pięciu osób - tam właśnie pisałam każdego dnia, opisując wszystko co się podczas ciąży działo :). Przez większość czasu było bardzo radośnie, pomimo ogromnych mdłości i rekordowej zgagi (zgagę miałam tak ogromną, iż wymiotowałam kwasem jeśli nie zjadłam czegoś przynajmniej raz na dwie godziny - w końcu lekarz przepisał mi omeprazol).

Wszystko było w porządku aż do 20 tygodnia, wtedy prowadzący nas lekarz (Doktor I., w Cagnes sur Mer, znakomity lekarz) po raz pierwszy zauważył, że moje ciśnienie odbiega od normy (normalnie miałam 110/70, maksymalnie 125/75) i jest delikatnie podwyższone - 130/80, przy drugim badaniu wyszło 140/90. W 23 tygodniu ciśnienie wyszło mi skandalicznie wysokie, 160/90 - ale byłam już zestresowana, przez to, że Doktor I. tym razem mówił cały czas po francusku, nie wszystko rozumiałam, Francuz w międzyczasie się zawiesił przez nadmiar informacji i części mi nie przetłumaczył, więc musiałam polegać na sobie ze zrozumieniem jak największej ilości przekazywanych danych, co było trudne i stresujące. Pan Doktor I. wykonał drugi telefon i umówił mnie ze swoim znajomym panem Doktorem C., kardiologiem na natychmiastową wizytę typu "emergency".

Poszliśmy do niego od razu - okazało się, że jest bardzo miły, młody i sympatyczny. Mówił po angielsku, więc od razu się u niego uspokoiłam. Podpiął mnie do śmiesznej maszyny z milionem macek i zrobił mi badanie EKG, które wyszło ok, pochwalił moje serce, że pracuje dobrze, równo, bez zakłóceń, bez żadnych szmerów, więc dobrze. Potem zmierzył mi ciśnienie i okazało się, że spadło mi już do 136/86. W związku z powyższym pan Doktor C mnie poinformował, że w tej chwili nie jest w stanie stwierdzić u mnie nadciśnienia ciążowego - bo nie miałam nadciśnienia podczas badania. Dlatego zlecił mi Holtera ciśnieniowego, na którego się umówiliśmy na piątek.

Do szpitala w Antibes pojechaliśmy przed dwunastą, ale sporo czasu nam zajęło znalezienie odpowiedniego wejścia. Generalnie szpital w Antibes był mało przyjazny, bardzo rozbudowany, wiele budynków, wiele wejść, wiele ponurych ścian.. robił bardzo negatywne wrażenie już z zewnątrz, a wewnątrz jeszcze bardziej... Korytarze były długie i puste, pootwierane pokoje ukazywały swoje przerażające wnętrza z różnymi maszynami, kablami, fotelami z mackami i innymi cudami, które stopniowo przerażały mnie coraz bardziej. Na korytarzach nie było okien (bo pokoje były z obu stron), więc po chwili zaczęłam powoli wpadać w panikę. Kiedy doszliśmy do pokoju, w którym miałam mieć zakładanego holtera - byłam już na skraju paniki, już prawie płakałam, wtulałam się w kurtkę Francuza i prosiłam, żeby mnie już stąd zabrał, bo nie chcę tu być. Wszędzie było szaro, ponuro, piszczały maszyny...! Chciałam uciekać, bardzo. Na szczęście przyszła pielęgniarka, więc trochę się zebrałam w sobie. Dostałam polecenie zdjęcia koszulki, po czym pielęgniarka oplątała mnie kablem, powiesiła na mnie magiczne pudełko i zapięła na mnie niebieski ciśnieniomierz. Zmierzyła kontrolnie ciśnienie, okazało się, że miałam w tym momencie 160/99 (nie dziwię się - przypominam, byłam na skraju paniki i przepełniona chęcią ucieczki). Francuz dostał instrukcję jak to potem ze mnie zdjąć, zapisać dane i wyłączyć, po czym delikatnie mnie ubrał w koszulkę i poszliśmy na poszukiwanie naszego samochodu.

W samochodzie jeszcze się trochę trzęsłam. Ciśnieniomierz zaczął dość szybko działać regularnie - na początku bardzo mnie to bolało i byłam przerażona, że urządzenie zrobi mi krzywdę - nadwyręży moje żyły czy też spowoduje jakieś inne uszkodzenie, ale z biegiem czasu mi się poprawiło i zaczęłam się przyzwyczajać. Maszyna działała w ciągu dnia co 13 minut przez 2 minuty (włączała się regularnie o każdej pełnej godzinie i potem co kwadrans), a w nocy, czyli od 22 do 7 rano, co 28 minut przez 2 minuty. Musiałam zdjęć obrączkę, bo ciśnieniomierz powodował, że puchły mi dłonie.

Pomiar o 23:30 był niezwykle bolesny i dłuższy niż poprzednie, prawie nie do zniesienia. Podobnie było z pomiarem o północy. Po północy chciałam wstać i pójść do łazienki - ale kiedy opuściłam rękę (trzymałam ją w górze wcześniej, żeby było mi wygodniej i żeby opuchlizna odpuściła) to ciśnieniomierz nagle po prostu z niej zjechał. Trochę się przestraszyliśmy, ale Francuz szybko się opanował, znalazł w sieci instrukcję obsługi, po czym dokładnie wedle tej instrukcji założył mi to urządzenie z powrotem, dokładnie sprawdzając czy wszystkie czujniki i strzałki są tam gdzie powinny były być. Następne pomiary nie były przyjemne, wciąż były bolesne i dłuższe niż dwie minuty, ale zadzwoniłam do Mamy na Facetime, pomagałam jej z różnymi rzeczami i generalnie rozmawiałyśmy - dzięki czemu mniej o tym myślałam i było mi zdecydowanie lepiej.

Skończyłyśmy z Mamą tuż przed trzecią i wtedy z Francuzem udaliśmy się do łóżka, ale niestety, zasnąć udało mi się dopiero po czwartej. Spałam od czwartej do 6:45, kiedy to obudziło mnie to urządzenie (byłam zaskoczona, że w ogóle udało mi się przespać te dwie godziny!). Spanie było bardzo niewygodne, bo musiałam spać na przeciwległym (czyli prawym) boku, a nie dość, że ja lubię spać na lewym, to jeszcze na dodatek w ciąży raczej powinno się spać na lewym właśnie. Ale ok, gorzej, że musiałam pilnować, żeby nie zmienić pozycji, a na dodatek torebkę z pudełkiem musiałam położyć obok siebie (Francuz rozebrał mnie i z kabli i z ubrania, przed spaniem, po czym ubrał w tshirt, w którym śpię) i uważać, żeby się nie oplątać, nie rozłączyć urządzania i jeszcze się tym kablem nie udusić.

Holtera pojechaliśmy oddać w niedzielę. Szpital w Antibes przerażał nas oboje; tym razem byliśmy na innym piętrze - zanim udało nam się znaleźć jakąś pielęgniarkę to tłukliśmy się pustymi korytarzami, pomiędzy pozamykanymi pokojami, zza których słychać było piszczenie maszyn, które tworzyły symfonię składającą się z wielu serc; przerażające. Gdzieniegdzie otwarte drzwi i dziwne maszyny. Macki. Kable. Piski. Ratunku. A na dodatek, żeby dojść do oddziału kardiologicznego - musieliśmy przejść koło chambre mortuaire, czyli miejsca, do którego ludzie przychodzą, żeby pożegnać się ze zmarłymi bliskimi. Dreszcze po plecach. Dookoła ani żywej duszy, ani przechodniów, ani pracowników, ani pacjentów. Nikogo. Bezruch. Na parkingu prawie zero samochodów, na dodatek padał deszcz i była burza. Szaro, ponuro, głośno.

Był to również czas bilansu, USG, podczas którego sprawdza się absolutnie wszystko - liczy się paluszki, określa długość każdej kończyny, robi bardzo dokładne badanie mózgu, serca, nerek... Nasz Doktor I. (to była ta sama wizyta, podczas której okazało się, że ciśnienie mi skoczyło) długo podczas tego badania milczał, aż w końcu stwierdził, że nie widzi wszystkiego dokładnie i wysłał nas do specjalistki od USG, która posiada własny gabinet zagubiony w małych uliczkach w Cannes. Ta wizyta zaplanowana została na poniedziałek, tuż po weekendzie z holterem.

Pojechaliśmy do niej mocno przerażeni - pamiętam, tego dnia padał deszcz, zaparkowaliśmy dość daleko i wychodząc od niej zmokliśmy, ale żadne z nas wówczas o tym nie myślało... (a szkoda, bo zmoknięcie to zaowocowało u mnie bardzo mocnym i nieprzyjemnym przeziębieniem). Podczas tego USG okazało się, że z dzieckiem jest wszystko w porządku, ale tętnice maciczne są w kiepskim stanie. Jedna wysoko poza skalą, obecność tak zwanego NOTCHa, druga prawie poza skalą. Przesłała wyniki do naszego lekarza prowadzącego i kazała mi się absolutnie oszczędzać, jak najmniejsza ilość aktywności fizycznej, dozwolone jedynie spacery oraz zero stresu. Nie robić niczego co może podwyższać ciśnienie.

Nasz lekarz zadzwonił do nas następnego dnia, we wtorek, mocno zdenerwowany. Na początku prosił Francuza, żeby nic mi nie mówił, żebym ja się nie denerwowała - ale Francuz powiedział mu, że i tak mówimy sobie wszystko, a poza tym dotyczy to mnie, więc po prostu musi mi powiedzieć. Sytuacja zaczęła wyglądać niebezpiecznie dla mnie i dla dziecka, to dopiero 24-25 tydzień, zdecydowanie za wcześnie na poród. Doktor I. powiedział, że istnieje ryzyko, że w pewnym momencie dziecko przestanie otrzymywać pokarm, bo tętnice po prostu przestaną działać. Powiedział mi też, że to dlatego właśnie moje ciśnienie zwiększa się - bo moje ciało chce zrobić wszystko, żeby wykarmić dziecko i się nim zająć, pomimo tego, iż jakaś część mego ciała traktuje łożysko jako coś obcego i chce zamknąć do niego dostęp (vide tętnice maciczne).

Szybka decyzja - klinika, w której pracuje Doktor I. ma tylko oddział pediatryczny, nie ma jednostki neonatologicznej, żadnej, więc muszę zmienić szpital. Co więcej, miałam zmienić szpital na taki, który posiada NICU (neonatal intensive care unit) poziomu 3, czyli taki z oddziałem gotowym do ratowania życia. Jedyny taki szpital w regionie to szpital w Nicei. Ponieważ jednak szpital ten jest kawałek drogi od nas, Doktor I. polecił nam Doktor D. w szpitalu w Cannes, zadzwonił do niej osobiście i umówił nas błyskawicznie na wizytę. Szpital w Cannes ma NICU poziom 2.

***
Ciąg dalszy nastąpi, Francuz właśnie przyniósł mi Małego Księcia i powiedział, że muszę zrobić przerwę w zatapianiu się we wspomnieniach, bo nasze najsłodsze pod słońcem maleństwo chce jeść ;). Także idę karmić, a potem spać, bo nawet nie wiem kiedy zrobiło się w pół do drugiej rano. :) Dobranoc. :)