2016-05-22
Wiek urodzeniowy: 16 miesięcy
Wiek korygowany: 14 miesięcy
Nawet nie wiem od czego zacząć!
Mały Książę ma takie mięśnie, że oboje na niego patrzymy z zazdrością - robienie nożyc przez kilka dobrych minut? Cudowna zabawa! Podnoszenie się do siadania z pozycji leżącej używając tylko mięśni brzucha (aka "brzuszek") - pestka! Wstawanie z podłogi bez podpierania się rękoma - nie ma problemu! Siłę ma taką, że często z Tatusiem wygrywa, kiedy coś sobie wyrywają.
Chodzenie to oczywiście hit tego miesiąca. Wózek to prawie najgorszy wróg, Mały Książę najchętniej wszędzie by chodził. Jest coraz odważniejszy w tym co robi, ba, w domu często nawet biega, zwłaszcza kiedy wie, że może liczyć na pochwały. Myślę, że już niedługo będzie chodził sam bardzo dobrze i wtedy pewnie weźmie się za rozwój mowy :).
Ach, co do mowy! Zaczyna łączyć słowa! "Banana am", "Baba do domu" - występuje razem z machaniem na "papa", podsłuchane u Tatusia "I don't know", które często powtarza ostatnimi dniami, kiedy go o coś pytam. Poza tym powtarza losowe wyrazy ;), na przykład, ostatnio zmieniałam mu pieluszkę i mówiłam mu, że jest taaaaaki brudny. Na co Mały Książę uśmiechnął się i powtórzył "BRUDNY". Innym razem przyszła moja Mama, miała zimne ręce i dotykając mojego synka mówiła "zimne, zimne!", Mały Książę dotknął jej ręki i powtórzył "zimne". Poza tym bardzo dużo mówi po swojemu. Całe historie nam opowiada, zadaje pytania - ale niestety, jeszcze nie do końca go rozumiemy. Za to komunikacja pozasłowna (nie napiszę 'niewerbalna' bo jest również bardzo werbalna ;) ) rozwija się wspaniale! Mały Książę większość sytuacji potrafi opisać za pomocą gestów i dźwięków. Uwaga, będzie przykład.
Przykład: ( :) )
Mały Książę miał katar i którejś nocy tak gęsty, że musieliśmy użyć aspiratorka. Ponieważ moje maleństwo tego nie znosi strasznie - postanowiliśmy użyć tego podłączanego do odkurzacza, żeby było szybciej i żeby mniej go męczyć. Najpierw wpuściliśmy mu mgiełkę z roztworu fizjologicznego do noska, a potem ciach, ciach i aspiratorek był w użyciu. Ale to dla Małego Księcia było tak strasznie nieprzyjemne, że długo musiałam go uspakajać. Następnego dnia rano, jak tylko przyszła do nas moja Mama - mój synek od razu się do niej rzucił i zaczął jej opowiadać co się działo w nocy. Pokazał Disnemar, pokazał, że dostał go do noska, pokazał nawet, że to było psik-psik, przez kurczenie noska i robienie "psi" noskiem. Pokazał, że potem przyszedł Tatuś z odkurzaczem (mamy ręczny odkurzacz, Dyson, trzyma się go w specyficzny sposób i Lokiś w ten sam sposób pokazał trzymanie odkurzacza i do tego dorzucił dźwięk "brruuu brrrruuu"), potem znowu pokazał na nosek i na koniec zrobił smutną minę. Tak wszystko opowiedział, że moja Mama, której przecież przy sytuacji nocnej nie było - wszystko zrozumiała :).
Kiedy Mały Książę czegoś nie rozumie - np. dlaczego coś zniknęło z miejsca, w którym stało wcześniej, albo co się w danym miejscu stało - rozkłada ręce i mówi coś po swojemu. Nie wiem co - ale to jest zawsze to samo, z tą samą intonacją i tymi samymi dźwiękami.
Rozumie większość naszych prób czy też poleceń - podaje nam różne rzeczy, przychodzi (jak mu się chce ;))) ) kiedy go wołamy. Sam też komunikuje świetnie swoje prośby, kiedy chce, żeby coś mu podać, albo coś otworzyć, albo pokazać jak coś zrobić. Kiedy jest głodny to zależnie od tego czy ma ochotę na moje mleko czy też na jedzenie - pokazuje to inaczej. Jest "Mama am" i w skrajnych przypadkach, kiedy bardzo chce mleka to wtedy rzuca się na osobę, która go trzyma, albo na coś co jest w pobliżu i robi buzią "ba ba ba ba" na kimś, tak jak wtedy kiedy był malutki. I potem czeka na efekt ;). Kiedy chce jedzenie to podchodzi do swojego krzesełka do karmienia, puka w nie i powtarza "am am am am". W książeczkach doskonale rozpoznaje różne rzeczy do jedzenia, aczkolwiek na większość z nich mówi po prostu "am".
Aktualnie wszystkie zwierzątka, które mają cztery nogi to koniki i kiedy je pokazuje to robi taki dźwięk jak na konika. (A jak widzi My Little Pony to woła na nie "Tej!" - zupełnie nie wiem dlaczego, ale powtarza to za każdym razem jak widzi reklamy kucyków, figurki, pluszaki, albo nawet jak wskazuje koniki na poduszce.) Uwielbia psy i koty! Uwielbia też ptaki. Mówi "hej" do wszystkich mijanych po drodze gołębi i piesków :). Ostatnio bardzo dużo czasu spędził przed wystawą sklepu zoologicznego przyglądając się z wielką ciekawością wszystkim zwierzątkom w klatkach - więc postanowiliśmy zabrać go do ZOO i to był wielki hit :). Na razie obejrzeliśmy tylko część zwierzątek, małpki, słonie, kilka różnych ptaków, kozy... Ale najbardziej spodobały mu się gęsi, które na niego gęgały i wyciągały do niego dzioby przez ogrodzenie. Śmiał się w głos.
Wracając do jedzenia - tak jak pisałam miesiąc temu, spróbowałam kilka razy słoiczków, ale Mały Książę bardzo zdecydowanie odmówił ich jedzenia. Na szczęście jakoś tak dość płynnie nam się udało i jemy lunch codziennie w ciągu dnia :). Dzięki temu posiłki Małego Księcia nabrały rozpędu - je sam, nie chce już być karmiony. Je też o wiele lepiej - już nie wpycha sobie do buzi za dużych kawałków, tylko ładnie trzyma w ręku coś co je i odgryza małe kawałeczki.
Na śniadanie zawsze daje mu duży wybór: banan, serek, biszkopty bez cukru, parówka sojowa, kanapka, naleśniki, placuszki - różne rzeczy :). Codziennie ma wybór przynajmniej trzech różnych rzeczy i z reguły próbuje wszystkiego. Czasem wychodzą z tego dziwne kombinacje - ostatnio umoczył parówkę zamiast w sosie, który zrobiłam to w serku waniliowym ;), ale cóż. Skoro mu smakuje - niech je! :) Lunche jada ze mną i moją Mamą, kolację jada ze mną i Francuzem. W ciągu dnia zawsze wypija jeszcze przynajmniej jedną kaszkę do picia oraz je owocki w różnej formie. Czasami jeszcze zjada chrupki kukurydziane lub jakąś "słodycz".
Uwielbia tańczyć :). Uwielbia bawić się piłką. Ale największą miłością są samochodziki oraz samochody (te prawdziwe). Nie ma jeszcze jednej ulubionej przytulanki albo zabawki, na razie chyba taką przytulanką i zabawką jestem dla niego ja :).
Wracając do samochodzików i samochodów - ilość czasu jaką potrafi spędzić na zabawie samochodzikami, albo siedząc za kierownicą samochodu - jest niesamowita. Samochodzikami robi wszędzie vrroooooom vrrooooooom i jeździ nimi po całym pokoju. Kupiliśmy mu taki fajny garaż, ze zjeżdżalnią dla samochodów, windą itd - żeby windę podnieść do góry trzeba kręcić taką małą wajchą na górze - bez problemu sobie z tym radzi. Wkłada samochodziki do windy, podciąga na górę... potem robi vroom vrooom na dół :). A i rodzice się fajnie tym garażem mogą pobawić ;). Jednak zajęcie numer 1, hit, hit, hit - to siedzenie za kierownicą prawdziwego samochodu. Udawanie, że się kręci kierownicą, robienie vrooom vroooom, machanie do innych kierowców, jeśli ktoś siedzi w samochodzie obok na parkingu.. Przełączanie stacji radiowych i zmienianie świateł :). Taka zabawa potrafi trwać nawet i godzinę ;).
Do szesnastego miesiąca często "w tle" miałam włączony telewizor, głównie z programami typu Foodnetwork, tudzież Kuchnia+, TLC, TVN Style - Mały Książę nie zwracał na to większej uwagi. Ale w szesnastym miesiącu coś nagle zaskoczyło i teraz telewizor to ogromna atrakcja! Oczywiście najlepiej jeśli są w telewizji kreskówki ;). Wiem, wiem, dziecko do dwóch lat nie powinno mieć styczności z ekranem itd itp. Wiem. Ale rzeczywistość a wytyczne... No wiem, są rodzice idealni, którzy faktycznie o to dbają, ale najwyraźniej ja taka nie jestem. Mały Książę musi dwa razy dziennie brać żelazo, bo okazało się ostatnio, że ma anemię - ale podanie mu tego żelaza graniczy z cudem! Za to jeśli włączymy mu kreskówkę - problem znika, Mały Książę nie dość, że otwiera grzecznie buzię, żelazo wymieszane z czymś zjada, to jeszcze uprzejmie mówi "am" :))). Tak samo bardzo pomocne są kreskówki podczas dłuższej jazdy samochodem, kiedy on już ma kompletnie dosyć wszystkiego i jest na granicy płaczu. Wówczas włączamy Tygryska Daniela i nagle się okazuje, że jeszcze kolejne 20 minut jazdy da się wytrzymać. :) Ulubione kreskówki Małego Księcia to Daniel The Tiger, Sofia The First, Doc McStuffin i Goldie&Bear. Na pozostałe zerknie, ale to wszystko.
Ach, zapomniałabym! Mały Książę uwielbia sprzątać i generalnie we wszystkim pomagać :). Odkurzanie to ogromna atrakcja, a zmiotka i szufelka to "zabawki", które są bardzo cenione w tym miesiącu :). Z podłogi podniesie każdy okruszek i czym prędzej poda go komuś, kto jest w pobliżu, a każdą zakurzoną powierzchnię od razu przetrze dłonią lub piżamką ;).
Fikcyjne rozmowy telefoniczne, z pilotem w roli telefonu, potrafią trwać 15 minut i więcej. Cudownie się takie rozmowy ogląda, Mały Książę dyskutuje, gestykuluje, czeka na odpowiedzi od fikcyjnego rozmówcy, robiąc pauzy... No po prostu urocze :).
Zmienił się też sposób zabawy z piaskiem kinetycznym - już nie jest to tylko dotykanie go na różne sposoby, teraz jest to baza do zabawy. Dlatego też dokupiłam pięć kilo tego piasku, a jak tylko będę miała czas to dokupię kolejne pięć kilo :). Mały Książę jeździ po piasku swoją ciężarówką, zostawiając ślady, oglądając je i robiąc vrooom vroooom. Szuka też zakopanych skarbów, a także używa różnych przedmiotów, żeby odbijać ich kształty. Piasek kinetyczny to świetna zabawa również dla nas, rodziców :).
Jedenastego maja na angielskiej playgroupie dzieci dostały duże klocki, takie duże drewniane kostki. Mały Książę nie był nimi za specjalnie zainteresowany, bo w tym samym czasie dostał też flamaster, więc był bardzo zaangażowany w rysowanie (uwielbia rysować!)... aż do momentu, w którym podszedł do nas animator, ukucnął przed Lokisiem i zapytał, pokazując na klocki: "can you stack those blocks?". Na co Lokiś odpowiedział "tak" (pierwszy raz) po czym ułożył wieżę z trzech klocków (pierwszy raz!). Drugą wieżę zbudował już w domu, dwa dni później, z mega blocksów - ale generalnie klocki to taka sobie zabawa, póki co.
Plac zabaw to jeszcze nie jest duża atrakcja. To znaczy, przepraszam bardzo, jest - ale wtedy kiedy może podejść do każdej zabawki i przeanalizować jak działa, gdzie ma śrubki, czy ma jakieś przyciski... Huśtawka jest fajna, ale na dwie-trzy minuty. Zjeżdżalnia jest super (teraz ma zjeżdżalnie też u Babci, więc jest tym bardziej super), ale wszystkie inne zabawki to głównie "a jak to działa?". :)
Kiedy jemy na zewnątrz, w restauracji - Mały Książę je to co my. Siedzi sobie grzecznie przy stole, obserwuje innych ludzi (czasami bardzo nachalnie), "rozmawia" z nami, bawi się swoimi zabawkami, pije sobie napoje, jeśli damy mu rurkę. W weekendy często jemy śniadanie w jednym z warszawskich Cafe Vincent, (bowiem tam są pyszne pain au chocolat, których Francuzowi w Polsce brakuje) - tam akurat nie ma krzesełek dla dzieci, więc Mały Książę zazwyczaj siedzi w wózku i to jest zdecydowanie mniej przyjemne, bo siedzi znacznie niżej niż jest stół i niżej niż my. Jeśli zaś w restauracji jest stolik dla dzieci, tak jak na przykład w Aloha#2 na Białołęce - to nawet nie chce siedzieć z nami tylko od razu siada tam i się bawi :).
Wciąż ma problem z puzzlami i kształtami.
Uwielbia bawić się w naśladowanie. To znaczy, najbardziej lubi być liderem takiej zabawy i chce, żeby to jego naśladować ;), ma z tego bardzo dużo frajdy :).
Poza tym bardzo dużo bawimy się razem również "fizycznie" - rolujemy się, łaskoczemy, tańczymy, Tatuś robi Małemu Księciu samolocik, bawimy się w chowanego pod kocykami i akuku zza kojca i innych rzeczy. To bardzo fajne rodzinne momenty :).
Ach, jeszcze kąpiele. Mały Książę uwielbia kąpiele. Uwielbia malowanie w wannie, ale także chlapanie! Chlapanie wodą uwielbia do tego stopnia, że śmieje się w głos nawet jeśli widzi je w telewizji, w wykonaniu kreskówkowych postaci :).
Strasznie chaotyczny ten post, zdaję sobie z tego sprawę - ale piszę go już prawie tydzień, dodając tu i ówdzie zdanie lub dwa, bo akurat mam taki zabiegany czas :).
***
Jeśli chodzi o obserwowanie (let's be honest, GAPIENIE SIĘ) ludzi, to była też jedna zabawna sytuacja. Byliśmy w UFO (mojej ulubionej pizzerii) i tym razem przy stoliku obok siedziały trzy zakonnice. Ubrane standardowo, jak to zakonnice, na czarno-biało. Mały Książę nie odrywał od nich wzroku nawet na chwilę, aż wprawił je w zakłopotanie, nas trochę też :D. Zwłaszcza, iż siedział tyłem do nich, więc aby na nie patrzeć - cały się wykręcał do tyłu. Wszyscy się trochę podśmiewaliśmy, z młodszymi zakonnicami włącznie, aż w końcu najstarsza z nich zwróciła uwagę, że najwyraźniej Młody nie widuje zakonnic wystarczająco. Well, prawdę mówiąc to nigdy wcześniej ich nie widział ;).
***
Ach, jest jeszcze ciemna strona księżyca ;), Mały Książę wchodzi w słynny "bunt dwulatka" (wiem, wcześnie). Już pomijając fakt, że ten bunt to żaden bunt, tylko głównie frustracja, brak możliwości pełnej komunikacji, bezsilność dziecka w pewnych sytuacjach, niezrozumienie tego co się dzieje lub dlaczego, itd itp to przejawia się on głównie krótkotrwałym płaczem, tudzież gwałtownym siadaniem na podłogę (przy próbie podniesienia go, jeśli nie ma na to ochoty) lub agresywnym rozrzucaniem przedmiotów w zasięgu rąk. Jeśli jest taka możliwość staram się mu wytłumaczyć dlaczego czegoś nie może mieć w tej chwili, albo dlaczego robię coś, czego on akurat nie chce w danym momencie. Jeśli jednak jest to moment, w którym wiem, że nawet nie zauważy mojego tłumaczenia (bo, na przykład, dodatkowo jest też bardzo zmęczony) to po prostu staram się przekierować jego uwagę.
***
Z innych rzeczy - w tym miesiącu byliśmy dwa razy u lekarza, a Mały Książę miał też pobieraną krew. Zniósł to niesamowicie dobrze, przy wbijaniu igły nawet nie drgnął, a kiedy krew zaczęła lecieć to tylko patrzył, bardzo zainteresowany, co się dzieje. Pod koniec musiało go zaboleć jednak, bo już się skrzywił - ale nie płakał. A tuż po dostał dwie naklejki dzielnego pacjenta i wyszedł z nimi zadowolony :).
"Kilka" zdjęć!
Saturday, June 4, 2016
Tuesday, May 3, 2016
Piętnaście miesięcy Małego Księcia
2016-04-22
Wiek urodzeniowy: 15 miesięcy
Wiek korygowany: 13 miesięcy
Wzrost i waga: dopiero czwartego maja mamy check up u neonatologa (ach te terminy w PL!, zapisywałam się jeszcze w marcu...), ale jeśli wierzyć naszej domowej miarce to nasz Mały Książę ma już trochę ponad 76cm i waży 10,5kg
Z nowości: mamy PESEL :) (I Francuz Tatuś też dostał PESEL).
W zeszłym miesiącu reagował tylko na angielskie pytanie "how big you are", teraz reaguje też na polską wersję :). Generalnie rzecz biorąc, jeśli chodzi o język, to największy kontakt ma z angielskim i polskim, z francuskim nieco mniejszy. Po angielsku rozmawiamy w domu (ja i Francuz) oraz dwa razy w tygodniu chodzimy na angielską grupę; po polsku mówi do niego cały czas moja Mama i wszyscy inni ;), a z francuskim ma styczność głównie na grupach, bo Tatuś w sumie nie bardzo ma kiedy do niego mówić w tym języku. Czasami sobie śpiewamy francuskie piosenki. :) Zauważyliśmy (głównie ja i moja Mama), że bardzo się ożywa kiedy słyszy język angielski używany przez innych ludzi.
Słowa, które wymawia są mieszane. W tym miesiącu zdecydowanie króluje MAMA. Na Tatę woła czasami "Tata", czasami "Dadi", nie wiem od czego to zależy. Zaraz potem, najczęstsze słowa to... "am am". A głodny jest ostatnio prawie cały czas! Kolejnym dominującym obecnie słowem jest "daj". Zdecydowanie zmniejszyła się intensywność "cat", pojawił się "dog". Kiedy moja Mama narzekała, że jej ręce są zimne - Mały Książę grzecznie po niej powtórzył "zimne". Zaczął robić "vrooom" podczas zabawy samochodzikami oraz woła "hi!" na spacerach do wszystkich ptaszków i piesków :). Ach, i jeszcze zapytany jak robi konik - kląska tak jak konik robi kopytkami. Mam jednak wrażenie, że tak się skoncentrował na chodzeniu, że mówienie na razie poszło trochę w odstawkę.
9 kwietnia Mały Książę zaczął chodzić ;). Ot tak po prostu, wyrwał się z ramion Tatusia i przybiegł do mnie. Uwielbia to i uwielbia być za chodzenie chwalony ;), ale też przeuroczo się złości jeśli upadnie. Także teraz chodzimy często za rączkę - jeszcze nie na duże dystanse, no, ale! :) Nie od razu Rzym zbudowano. A Mały Książę chciałby chodzić cały czas i wózek to aktualnie niemalże wróg numer jeden ;).
Często też staje opierając się na stopach i dłoniach, po czym głowę wkłada między ręce i ogląda sobie świat do góry nogami. Sprawia mu to dużo frajdy :).
Po schodach do góry umie wejść (trzymany za rączki) bezbłędnie, ba, nawet robi kroki jak dorosły, jedna noga na jeden stopień. Schodzenie to zupełnie inna bajka i nie ma pojęcia o co w niej chodzi.
Nie ma najmniejszego problemu z kucaniem albo schylaniem się by dosięgnąć do zabawki, która jest na podłodze.
Zaczyna jeść sam łyżeczką, coraz sprawniej mu wychodzi nabieranie i celowanie do buzi, chociaż często zdarza mu się w trakcie przenoszenia jedzenia łyżeczkę obrócić ;). Zaczął sam jeść kanapki (odważyliśmy się mu dać większy kawałek chlebka z serkiem, a nie jak dotąd, podziubany na malutkie kawałki - i okazało się, że idzie mu całkiem nieźle). Zaczyna też pić sam z normalnego kubeczka. Jeszcze się trochę oblewa - ale jest coraz lepiej. Ćwiczymy :)))
Daje buzi! Kiedy go prosimy i kiedy go nie prosimy czasami też! I jest to cudownie urocze. Rzuca mi się na szyję, żeby się przytulić, a ja się rozpływam z miłości :). Potrafi podejść do mnie albo do Taty i przytulić się czule głaszcząc równocześnie swoją "ofiarę" po obydwu policzkach. Albo po prostu bierze czyjąś twarz w dłonie (najczęściej moją) i wtedy daje buzi. Uwielbiam, rozpływam się :).
Jeśli chodzi o jedzenie - to wciąż nie mam dobrze tego opracowanego. We Francji mieliśmy lepszy plan dnia, Francuz był w domu codziennie między 12 a 14, razem jedliśmy lunch, Mały Książę też. Teraz w tych godzinach Francuz jest w pracy i czas lunchu nam się kompletnie rozmywa.
Wciąż głównym jego pożywieniem jest moje mleko - a ostatnio mamy dni "niemowlęce", mógłby jeść i ssać cały czas, wraca do mnie co pół godziny albo i częściej, podczas zabawy, żeby się na trochę przykleić do sutka :). A poza tym, przykładowo, jemy tak:
Śniadanie: owoce (najczęściej pół banana i trochę truskawek, lub banan i mango) zmiksowane z serkiem Rolmlecz, a potem mała kanapka z czymś - czasami całość zamiennie z kaszką ryżową lub muffinkami.
II śniadanie: deserek czekoladowy, jogurt morelowy albo owocki z tubki
Obiad: no i tu właśnie kulejemy. Jak Babcia ugotuje nam zupkę to jemy zupkę, a jak nie - to trochę jakieś losowe rzeczy. Muszę jeszcze popracować nad tym planem dnia. Moja Mama proponuje mi korzystanie ze słoiczków - no i sama nie wiem, może się w końcu ugnę...
Podwieczorek: kaszka czekoladowa lub herbatnikowa - do picia. Te polskie mają tylko 200ml, francuskie miały 250ml, a jego ulubiona była o smaku pain au chocolat. Zdarza mu się również zjeść batonik dla dzieci, czekoladowy - tylko tu musimy zawsze zwracać uwage na cukier, bo chociaż tego cukru w batoniku nie jest dużo - 10g, to jednak jest. A potem Mały Książę dostaje takiego kopa energetycznego, że szaleje. Dlatego ostatnia godzina, o której może zjeść batonik to 17, jeśli zje później to kiepsko wygląda chodzenie spać o normalnej porze :).
Kolacja: zazwyczaj je to samo co my, tylko oczywiście w mniejszych ilościach. Dzisiaj na przykład jedliśmy na kolację sałatki - feta z oliwkami i pomidorkami cherry oraz mozzarelka z pomidorkami i pesto. Mały Książę dostał głównie mozzarelkę z pomidorkami koktajlowymi (bez pesto). Zdarza się też, że zaśnie wcześniej niż jemy kolację - ale to nie ma dla niego dużego znaczenia, wieczorem jest i tak nastawiony głównie na mleko, więc kolacją bardziej się bawi niż ją je ;).
Także: obiady do poprawki. To kwestia poprawnej organizacji.
Uparcie próbuje założyć sobie sam skarpetki - ale jeszcze mu to nie wychodzi, chociaż próbuje rozciągać skarpetkę to ma problem z wcelowaniem stopą w dziurkę :). Za to zdejmowanie skarpetek - pierwsza klasa ;). Potrafi też sobie zdjąć body, jeśli mu rozepniemy w kroku. Po wysuszeniu sam też zdejmuje z siebie ręcznik-ponczo :). Opanował również zdejmowanie pieluszki do tego stopnia, że przerzuciliśmy się już tylko i wyłącznie na pieluchomajtki - w tej chwili kupujemy Pampers Premium Care w rozmiarze 5 albo Baby Dry w rozmiarze 4+.
Za to świetnie się sam czesze (a także mnie czy też Babcię) oraz używa pilniczka (trochę na niby, ale wie doskonale do czego to służy i próbuje imitować :) ). Zęby myje sam, ale tak to lubi, że płacze jak zabieram mu szczoteczkę - więc zaczęłam sama mu szczotkować, a kiedy mija czas to chowając szczoteczkę rozpraszam go szybko inną zabawką.
Macha "papa" i czasami na cześć. Podaje rączkę na cześć (ale nie każdemu) oraz przybija piątkę. :) Uczymy się robić żółwika. Bardzo lubi granie w łapki "si si my baby" - sam nie gra, ale wystawia rączki i cieszy się jak ja gram o jego rączki.
Jeśli chodzi o zabawy - wciąż klocki nie są jego mocną stroną, zwłaszcza, że Ciocia Amie nauczyła go ostatnio jak fajnie się klocki... rozrzuca ;), zamiast układać :P. Czasami złączy dwa klocki (mega blocks), ale nie bawi go to. Bardzo lubi samochodziki - ma samochodziki Duplo i samochodzik Oball, a w tym tygodniu przyjedzie do nas jeszcze garaż Tut Tut i trzy samochodziki Tut Tut :). Jeździ nimi i robi vrooom vrooom. :). Lubi też przewracać swój skuter, po czym używa koła jako kierownicy.
Naśladuje rozmowy telefoniczne :D. Od kiedy jesteśmy w Polsce to zdecydowanie rzadziej używamy FaceTime, a częściej w użyciu jest telefon. Mały Książę podpatrzył i teraz często używa pilotów jako telefonów, również swojego telefonu, ale też czasami losowych rzeczy - przykłada je do ucha i imituje całą rozmowę, łącznie z czekaniem aż jego fikcyjny rozmówca coś mu odpowie ;).
Potrafi pokazać gdzie są oczka, nosek, buzia, ale na razie to wszystko. Za to reaguje na to pytanie zarówno kiedy pytamy po angielsku jak i po polsku. I potrafi je pokazać nie tylko na sobie, ale też na ludziach oraz na zwierzątkach w książkach.
Ma problem z puzzlami - niezbyt dobrze mu idzie dopasowywanie kształtów.
Wciąż ulubioną aktywnością jest rysowanie, zwłaszcza w wannie (bo wygodniej niż na kartce).
Kiedy się przewróci i uderzy o coś - to natychmiast nam pokazuje gdzie się uderzył i o co.
Przez kilka dni przejawiał dziwne zachowanie - mianowicie udawał, że się uderzył i pokazywał nam coś, co nie miało miejsca, albo też siadał i specjalnie się lekko uderzał, po czym przychodził się poskarżyć, że się uderzył. Czasami też po prostu wskazywał, że boli główka (co doprowadziło mnie trochę do paniki) - ale na szczęście trwało to tylko kilka dni i mu przeszło :).
Zaczął lubić pluszaki - ostatnio w Ikei sam sobie wziął z półki pluszowego pieska i tak go przytulał, że po prostu musieliśmy go wziąć. Teraz go przytula za każdym razem kiedy go zobaczy. Wszystkie pluszaki oraz swoją lalkę również namiętnie karmi różnymi rzeczami, także swoją kaszką ;).
Jeśli chodzi o spanie, to bez zmian. Wstaje rano o 6:00 - 7:00, pierwszą drzemkę ma około 9:00 - 10:00 (więc na grupach jest jak śnięta ryba) - ostatnimi dniami chyba się a drzemka przesunęła trochę bliżej 10:00 - 11:00 (oby). Druga drzemka jest około 13:00 - 14:00. Pomiędzy 18 a 19 kąpiel, a pomiędzy 19 i 20 już śpi. :)
Wyszedł mu kolejny ząbek na dole oraz wciąż wychodzą i nie mogą wyjść górne kiełki...! Ale może już niedługo. Także stan na chwilę obecną: zębów osiem i dwa w "przygotowaniu". Gryziemy wszystko co się da i co się nie da, bo dziąsła swędzą. Biedny.
***
Jestem przekonana, że jeszcze o czymś nie pamiętam ;), no, ale - no nie pamiętam!
A, jeśli chodzi o lustro, to dalej tak samo lubi robić minki i machać do siebie w lustrze, to się nie zmieniło. Bez problemu też patrzy na nas przez lustro, niezależnie od tego czy widzi nas obok siebie czy nie. Ale to w sumie robi od tak dawna, że nawet nie pamiętam od kiedy. Co jest nowością to to, że zaczął też znajdywać inne powierzchnie, które odbijają jego wizerunek - i tak na przykład, ostatnio miał dużo frajdy, kiedy zobaczył swoją (zniekształconą) twarz w pokrywce patelni czy też w zabawkowym lusterku z folii. Śmiał się z tego w głos.
Ok, więcej nie pamiętam, ale jest po pierwszej w nocy , moi chłopcy już śpią, a ja biegnę do nich dołączyć. :)
Wiek urodzeniowy: 15 miesięcy
Wiek korygowany: 13 miesięcy
Wzrost i waga: dopiero czwartego maja mamy check up u neonatologa (ach te terminy w PL!, zapisywałam się jeszcze w marcu...), ale jeśli wierzyć naszej domowej miarce to nasz Mały Książę ma już trochę ponad 76cm i waży 10,5kg
Z nowości: mamy PESEL :) (I Francuz Tatuś też dostał PESEL).
W zeszłym miesiącu reagował tylko na angielskie pytanie "how big you are", teraz reaguje też na polską wersję :). Generalnie rzecz biorąc, jeśli chodzi o język, to największy kontakt ma z angielskim i polskim, z francuskim nieco mniejszy. Po angielsku rozmawiamy w domu (ja i Francuz) oraz dwa razy w tygodniu chodzimy na angielską grupę; po polsku mówi do niego cały czas moja Mama i wszyscy inni ;), a z francuskim ma styczność głównie na grupach, bo Tatuś w sumie nie bardzo ma kiedy do niego mówić w tym języku. Czasami sobie śpiewamy francuskie piosenki. :) Zauważyliśmy (głównie ja i moja Mama), że bardzo się ożywa kiedy słyszy język angielski używany przez innych ludzi.
Słowa, które wymawia są mieszane. W tym miesiącu zdecydowanie króluje MAMA. Na Tatę woła czasami "Tata", czasami "Dadi", nie wiem od czego to zależy. Zaraz potem, najczęstsze słowa to... "am am". A głodny jest ostatnio prawie cały czas! Kolejnym dominującym obecnie słowem jest "daj". Zdecydowanie zmniejszyła się intensywność "cat", pojawił się "dog". Kiedy moja Mama narzekała, że jej ręce są zimne - Mały Książę grzecznie po niej powtórzył "zimne". Zaczął robić "vrooom" podczas zabawy samochodzikami oraz woła "hi!" na spacerach do wszystkich ptaszków i piesków :). Ach, i jeszcze zapytany jak robi konik - kląska tak jak konik robi kopytkami. Mam jednak wrażenie, że tak się skoncentrował na chodzeniu, że mówienie na razie poszło trochę w odstawkę.
9 kwietnia Mały Książę zaczął chodzić ;). Ot tak po prostu, wyrwał się z ramion Tatusia i przybiegł do mnie. Uwielbia to i uwielbia być za chodzenie chwalony ;), ale też przeuroczo się złości jeśli upadnie. Także teraz chodzimy często za rączkę - jeszcze nie na duże dystanse, no, ale! :) Nie od razu Rzym zbudowano. A Mały Książę chciałby chodzić cały czas i wózek to aktualnie niemalże wróg numer jeden ;).
Często też staje opierając się na stopach i dłoniach, po czym głowę wkłada między ręce i ogląda sobie świat do góry nogami. Sprawia mu to dużo frajdy :).
Po schodach do góry umie wejść (trzymany za rączki) bezbłędnie, ba, nawet robi kroki jak dorosły, jedna noga na jeden stopień. Schodzenie to zupełnie inna bajka i nie ma pojęcia o co w niej chodzi.
Nie ma najmniejszego problemu z kucaniem albo schylaniem się by dosięgnąć do zabawki, która jest na podłodze.
Zaczyna jeść sam łyżeczką, coraz sprawniej mu wychodzi nabieranie i celowanie do buzi, chociaż często zdarza mu się w trakcie przenoszenia jedzenia łyżeczkę obrócić ;). Zaczął sam jeść kanapki (odważyliśmy się mu dać większy kawałek chlebka z serkiem, a nie jak dotąd, podziubany na malutkie kawałki - i okazało się, że idzie mu całkiem nieźle). Zaczyna też pić sam z normalnego kubeczka. Jeszcze się trochę oblewa - ale jest coraz lepiej. Ćwiczymy :)))
Daje buzi! Kiedy go prosimy i kiedy go nie prosimy czasami też! I jest to cudownie urocze. Rzuca mi się na szyję, żeby się przytulić, a ja się rozpływam z miłości :). Potrafi podejść do mnie albo do Taty i przytulić się czule głaszcząc równocześnie swoją "ofiarę" po obydwu policzkach. Albo po prostu bierze czyjąś twarz w dłonie (najczęściej moją) i wtedy daje buzi. Uwielbiam, rozpływam się :).
Jeśli chodzi o jedzenie - to wciąż nie mam dobrze tego opracowanego. We Francji mieliśmy lepszy plan dnia, Francuz był w domu codziennie między 12 a 14, razem jedliśmy lunch, Mały Książę też. Teraz w tych godzinach Francuz jest w pracy i czas lunchu nam się kompletnie rozmywa.
Wciąż głównym jego pożywieniem jest moje mleko - a ostatnio mamy dni "niemowlęce", mógłby jeść i ssać cały czas, wraca do mnie co pół godziny albo i częściej, podczas zabawy, żeby się na trochę przykleić do sutka :). A poza tym, przykładowo, jemy tak:
Śniadanie: owoce (najczęściej pół banana i trochę truskawek, lub banan i mango) zmiksowane z serkiem Rolmlecz, a potem mała kanapka z czymś - czasami całość zamiennie z kaszką ryżową lub muffinkami.
II śniadanie: deserek czekoladowy, jogurt morelowy albo owocki z tubki
Obiad: no i tu właśnie kulejemy. Jak Babcia ugotuje nam zupkę to jemy zupkę, a jak nie - to trochę jakieś losowe rzeczy. Muszę jeszcze popracować nad tym planem dnia. Moja Mama proponuje mi korzystanie ze słoiczków - no i sama nie wiem, może się w końcu ugnę...
Podwieczorek: kaszka czekoladowa lub herbatnikowa - do picia. Te polskie mają tylko 200ml, francuskie miały 250ml, a jego ulubiona była o smaku pain au chocolat. Zdarza mu się również zjeść batonik dla dzieci, czekoladowy - tylko tu musimy zawsze zwracać uwage na cukier, bo chociaż tego cukru w batoniku nie jest dużo - 10g, to jednak jest. A potem Mały Książę dostaje takiego kopa energetycznego, że szaleje. Dlatego ostatnia godzina, o której może zjeść batonik to 17, jeśli zje później to kiepsko wygląda chodzenie spać o normalnej porze :).
Kolacja: zazwyczaj je to samo co my, tylko oczywiście w mniejszych ilościach. Dzisiaj na przykład jedliśmy na kolację sałatki - feta z oliwkami i pomidorkami cherry oraz mozzarelka z pomidorkami i pesto. Mały Książę dostał głównie mozzarelkę z pomidorkami koktajlowymi (bez pesto). Zdarza się też, że zaśnie wcześniej niż jemy kolację - ale to nie ma dla niego dużego znaczenia, wieczorem jest i tak nastawiony głównie na mleko, więc kolacją bardziej się bawi niż ją je ;).
Także: obiady do poprawki. To kwestia poprawnej organizacji.
Uparcie próbuje założyć sobie sam skarpetki - ale jeszcze mu to nie wychodzi, chociaż próbuje rozciągać skarpetkę to ma problem z wcelowaniem stopą w dziurkę :). Za to zdejmowanie skarpetek - pierwsza klasa ;). Potrafi też sobie zdjąć body, jeśli mu rozepniemy w kroku. Po wysuszeniu sam też zdejmuje z siebie ręcznik-ponczo :). Opanował również zdejmowanie pieluszki do tego stopnia, że przerzuciliśmy się już tylko i wyłącznie na pieluchomajtki - w tej chwili kupujemy Pampers Premium Care w rozmiarze 5 albo Baby Dry w rozmiarze 4+.
Za to świetnie się sam czesze (a także mnie czy też Babcię) oraz używa pilniczka (trochę na niby, ale wie doskonale do czego to służy i próbuje imitować :) ). Zęby myje sam, ale tak to lubi, że płacze jak zabieram mu szczoteczkę - więc zaczęłam sama mu szczotkować, a kiedy mija czas to chowając szczoteczkę rozpraszam go szybko inną zabawką.
Macha "papa" i czasami na cześć. Podaje rączkę na cześć (ale nie każdemu) oraz przybija piątkę. :) Uczymy się robić żółwika. Bardzo lubi granie w łapki "si si my baby" - sam nie gra, ale wystawia rączki i cieszy się jak ja gram o jego rączki.
Jeśli chodzi o zabawy - wciąż klocki nie są jego mocną stroną, zwłaszcza, że Ciocia Amie nauczyła go ostatnio jak fajnie się klocki... rozrzuca ;), zamiast układać :P. Czasami złączy dwa klocki (mega blocks), ale nie bawi go to. Bardzo lubi samochodziki - ma samochodziki Duplo i samochodzik Oball, a w tym tygodniu przyjedzie do nas jeszcze garaż Tut Tut i trzy samochodziki Tut Tut :). Jeździ nimi i robi vrooom vrooom. :). Lubi też przewracać swój skuter, po czym używa koła jako kierownicy.
Naśladuje rozmowy telefoniczne :D. Od kiedy jesteśmy w Polsce to zdecydowanie rzadziej używamy FaceTime, a częściej w użyciu jest telefon. Mały Książę podpatrzył i teraz często używa pilotów jako telefonów, również swojego telefonu, ale też czasami losowych rzeczy - przykłada je do ucha i imituje całą rozmowę, łącznie z czekaniem aż jego fikcyjny rozmówca coś mu odpowie ;).
Potrafi pokazać gdzie są oczka, nosek, buzia, ale na razie to wszystko. Za to reaguje na to pytanie zarówno kiedy pytamy po angielsku jak i po polsku. I potrafi je pokazać nie tylko na sobie, ale też na ludziach oraz na zwierzątkach w książkach.
Ma problem z puzzlami - niezbyt dobrze mu idzie dopasowywanie kształtów.
Wciąż ulubioną aktywnością jest rysowanie, zwłaszcza w wannie (bo wygodniej niż na kartce).
Kiedy się przewróci i uderzy o coś - to natychmiast nam pokazuje gdzie się uderzył i o co.
Przez kilka dni przejawiał dziwne zachowanie - mianowicie udawał, że się uderzył i pokazywał nam coś, co nie miało miejsca, albo też siadał i specjalnie się lekko uderzał, po czym przychodził się poskarżyć, że się uderzył. Czasami też po prostu wskazywał, że boli główka (co doprowadziło mnie trochę do paniki) - ale na szczęście trwało to tylko kilka dni i mu przeszło :).
Zaczął lubić pluszaki - ostatnio w Ikei sam sobie wziął z półki pluszowego pieska i tak go przytulał, że po prostu musieliśmy go wziąć. Teraz go przytula za każdym razem kiedy go zobaczy. Wszystkie pluszaki oraz swoją lalkę również namiętnie karmi różnymi rzeczami, także swoją kaszką ;).
Jeśli chodzi o spanie, to bez zmian. Wstaje rano o 6:00 - 7:00, pierwszą drzemkę ma około 9:00 - 10:00 (więc na grupach jest jak śnięta ryba) - ostatnimi dniami chyba się a drzemka przesunęła trochę bliżej 10:00 - 11:00 (oby). Druga drzemka jest około 13:00 - 14:00. Pomiędzy 18 a 19 kąpiel, a pomiędzy 19 i 20 już śpi. :)
Wyszedł mu kolejny ząbek na dole oraz wciąż wychodzą i nie mogą wyjść górne kiełki...! Ale może już niedługo. Także stan na chwilę obecną: zębów osiem i dwa w "przygotowaniu". Gryziemy wszystko co się da i co się nie da, bo dziąsła swędzą. Biedny.
***
Jestem przekonana, że jeszcze o czymś nie pamiętam ;), no, ale - no nie pamiętam!
A, jeśli chodzi o lustro, to dalej tak samo lubi robić minki i machać do siebie w lustrze, to się nie zmieniło. Bez problemu też patrzy na nas przez lustro, niezależnie od tego czy widzi nas obok siebie czy nie. Ale to w sumie robi od tak dawna, że nawet nie pamiętam od kiedy. Co jest nowością to to, że zaczął też znajdywać inne powierzchnie, które odbijają jego wizerunek - i tak na przykład, ostatnio miał dużo frajdy, kiedy zobaczył swoją (zniekształconą) twarz w pokrywce patelni czy też w zabawkowym lusterku z folii. Śmiał się z tego w głos.
Ok, więcej nie pamiętam, ale jest po pierwszej w nocy , moi chłopcy już śpią, a ja biegnę do nich dołączyć. :)
Friday, March 25, 2016
Nasza historia, część piąta
Poprzednio zakończyłam na:
"Zjechaliśmy na piętro -3, atmosfera była tak samo zimna i beznadziejna jak pierwszego dnia kiedy przyjechałam do tego szpitala... Położna z góry zostawiła nas z położnikiem, który zaprowadził nas do małego pokoju "prelabor", w którym nie było miejsca prawie na nic. Wszędzie stały maszyny, monitory, jedno łóżko, jedno krzesło. Niewygodne krzesło, niewygodne łóżko, na którym kazano mi się położyć i czekać..."
Kiedy położnik do nas wrócił, okazało się, że jest zdecydowanie mniej cierpliwy niż położne i pielęgniarki na patologii ciąży; nie mógł zrozumieć, że boję się igieł, zwłaszcza po tak długim już pobycie w szpitalu z codziennym kłuciem i chciał założyć mi wenflon tak szybko jak to możliwe i mieć mnie z głowy. Próbował założyć mi najpierw na nadgarstku, ale nic z tego nie wyszło, potem na górze dłoni, ale żyły również były zbyt na to wymęczone - w końcu podpiął mi się w zagięciu łokcia. Po wenflonie przyszedł czas na założenie cewnika, ktg, ciśnieniomierza, elektrod i sama nie wiem czego jeszcze. Wreszcie założono mi lek, który miał wywołać poród.
Nie mogłam wstawać, nie mogłam się ruszać. Łóżko było piekielnie niewygodne. Godziny mijały.
Po jakimś czasie, sama już nie wiem po jak długim, zaczęłam mieć skurcze. Bolesne, ale jeszcze do przeżycia. Za to, zauważyliśmy wtedy, że podczas skurczy, kiedy zmieniam pozycję - serce naszego synka zwalnia. Zaniepokoiło to wszystkich, natychmiast zorganizowano USG - przyjechała maszyna razem z panią ją obsługującą oraz, niestety, razem ze studentem-stażystą. To chyba był jedyny moment mojego pobytu w szpitalu, w którym człowiek popełnił błąd. Pani, która robiła mi USG była bardziej zainteresowana spodobaniem się studentowi, oraz zaimponowaniem mu, niż porządnym zajęciem się mną. USG zrobiła, flirtując cały czas i pokazując studentowi jak działa maszyna. Stwierdziła, że wszystko ok i wyjechała maszyną z naszej klitki prelabor. Nie było ok. Wróciła po pół godzinie, tym razem bez studenta, za to znowu z maszyną i powiedziała, lekko zaniepokojona, że maszyna pokazała, że coś jest nie tak z łożyskiem. Ale, że nie jest pewna i że może zrobić jeszcze raz. Z tym, że akurat miała być zmiana warty, więc stwierdziła, że pewnie wszystko jest ok, tylko maszyna popełniła błąd i w sumie, że przekaże to następnej osobie... no i nikt z maszyną do usg już do nas nie wrócił.
KTG było już włączone non stop, zapisywało każde uderzenie serca naszego maleństwa. Zauważyliśmy, że jego serduszko zwalnia za każdym razem kiedy zmieniam pozycję, chociażby delikatnie, więc od tej pory po prostu przestałam się ruszać, leżałam tylko pod lekkim kątem, prawie na lewym boku, ale jednak na plecach, bo tylko w tej pozycji serce było ok. Już wtedy przyszło nam do głowy, że być może łożysko zaczyna się odklejać?
Razem z nocną zmianą przyszła zmiana papieru w maszynie do ktg, bo po wydrukowaniu metrów (dosłownie) i zajęciu podłogi w połowie pokoju - papier po prostu się skończył. Bardzo chciało mi się pić, ale nie pozwolono mi ani jeść, ani pić - bo nikt wtedy jeszcze nie wiedział, czy urodzę naturalnie czy też będę miała cesarkę. Rozwarcie było na 2 centymetry, skurcze, podczas których robiłam wszystko, żeby się nie poruszyć, co kilka minut. Po jakimś czasie doktor, który był na nocnej zmianie zadecydował, że może powinnam spotkać się z zespołem, który wykonywał tej nocy cesarskie cięcia...
Zespół był super. Pani anestezjolog przypominała mi z wyglądu moją Przyjaciółkę, z tym, że jej kosmyki miały jaskrawo różowy odcień, a nie czerwony. Chirurg z nocnej zmiany okazał się być przyjacielem naszego pierwszego ginekologa i człowiekiem, który był nam polecany od samego początku. Także spotkanie z zespołem trochę mnie uspokoiło.
Fakt, że nie mogłam się ruszać, ani pić, ani jeść, ani spać - doprowadzał mnie do rozpaczy. Wiem, to brzmi jak nic takiego - ale utrzymanie tej samej pozycji przez kilka godzin to już (dla mnie) jest katorga, a co dopiero mówić o kilkunastu, czy też jak się okazało później - kilkudziesięciu!
Tej nocy nie podjęto decyzji o cesarce, skurcze jakby przycichły, czekaliśmy. Mój Francuz, cały czas przy mnie, solidarnie ze mną starał się nie spać, aczkolwiek był tak wykończony, że zdarzało mu się zdrzemnąć. Mi nie - ciśnieniomierz co 15 minut skutecznie mi to uniemożliwiał. I tak leżałam, leżałam, czekałam i czekałam i płakałam z niemocy. Moja Mama była tuż za drzwiami, ale nie mogła do nas wejść, nie do tej sali, prelabor. Podchodziła tylko do drzwi i dawała jedzenie dla mojego męża, a ja nawet nie mogłam jej zobaczyć! Ale pisałyśmy do siebie smsy, cały czas.
Kolejne godziny mijały, kolejne rolki papieru do KTG się kończyły (działało już non stop, co jakiś czas tylko ktoś przychodził sprawdzać). Po nocy, która wydawała się niekończąca przyszedł szary dzień. Rano rozwarcie wciąż tylko na 2 centymetry. Ktoś podjął decyzje o drugiej turze leku wywołującego poród, założono mi go... Po kilku godzinach zaczęłam mieć skurcze co 2 minuty. Wyłam z bólu, starając się jednocześnie nie ruszać, aczkolwiek były chwile, kiedy po prostu zwijałam się w kulkę, a wówczas serduszko mojego Małego Księcia drastycznie zwalniało. Minęło już ponad 30 godzin bez snu, bez picia, bez ruchu, byłam wykończona. Popołudniu zaczęły mi powoli odchodzić wody, doktor powiedziała, że może palcem dotknąć główki Małego Księcia - badania szyjki były bardzo bolesne. Rozwarcie jednak wciąż było za małe, raptem 2,5 centymetra, tymczasem czas mijał. Skurcze nasilały się w swojej intensywności, przewieziono mnie na salę porodową. Wieczorem dostałam znieczulenie (nie wiem jakie, do tego stopnia nie miałam głowy do tego wszystkiego - ale mogłam po nim ruszać nogami) - przed panikowałam strasznie, zwłaszcza, że do założenia wenflonu w to miejsce wygoniono z sali mojego męża - anestezjolog powiedziała, że mężczyźni mają tendencje do mdlenia jak widzą zakładanie, a one nie mają czasu tu się zajmować facetami, bo ciężarna jest najważniejsza. Na szczęście asystentka pani anestezjolog (inny zespół niż z poprzedniej nocy) była fantastyczna, cały czas do mnie mówiła (po angielsku). Wiedziała już, że mi akurat pomaga kiedy mam chociażby świadomość kontroli nad tym co się ze mną dzieje, więc opisywała mi co jest robione w danej chwili. Przeżyłam ;), aczkolwiek bałam się niesamowicie. Podczas wkłucia się udało mi się nie drgnąć nawet o milimetr, za co zostałam bardzo pochwalona ;).
Poczułam bardzo przyjemne zimno wzdłuż kręgosłupa i po chwili ból zaczął mijać. Ach, przynajmniej od bólu mogłam odpocząć, bo już byłam tak strasznie wszystkim zmęczona, że aż ciężko mi było uwierzyć, że wciąż trzymam się "na nogach". Przez godzinę, albo może półtorej? był spokój od bólu. Tuż przed podaniem znieczulenia założono mi do szyjki sondę, która miała za zadanie przekazywać informację o skurczach, skoro ja miałam ich nie czuć.
To był wyjątkowy tydzień w tym szpitalu - był nawał rodzących. Tego dnia kiedy zabrano mnie na dół - wszystkie sale były zajęte, rodzące wjeżdżały i wyjeżdżały w ogromnej liczbie. Tyle kobiet rodziło w tym tygodniu, iż na górze zabrakło dla wszystkich pokoi i zaczęto kłaść niektóre dziewczyny na oddziale ginekologicznym - ale o tym później.
Po około półtorej godzinie ból podczas skurczy zaczął wracać. Jednakże w tym samym momencie, w którym się na to poskarżyłam - przybiegła położna z innej sali, żeby zabrać moją panią doktor - zanikła akcja serca dziecka podczas porodu, konieczna była natychmiastowa cesarka. Zajęli się mną inni, między innymi student położnik. Tuż przed północą zaczęłam mieć wrażenie, że przeciekam jednak trochę bardziej niż powinnam, a kiedy poprosiłam Francuza o sprawdzenie, okazało się, że wyciekają ze mnie nie tylko wody płodowe, ale również krew. Student położnik, kiedy Francuz mu o tym powiedział, postanowił wyjąć moją sondę, żeby sprawdzić co się dzieje... i w momencie kiedy ją wyjął - krew była wszędzie, po prostu ze mnie chlusnęła. W sali wszyscy wpadli w panikę, usłyszałam tylko "décollement placentaire", zdążyłam tylko oddać telefon mężowi, podczas gdy anestezjolog zmieniała lek w moim wenflonie w kręgosłupie, przerzucili mnie na inne łóżko i błyskawicznie przewieziono mnie do sali operacyjnej.
Trzęsę się, jak o tym piszę ;). Wiem, że tyle historii było cięższych, straszniejszych - ale ta jest moja i miała na mnie ogromny wpływ. Cieszę się, że mogę odwrócić głowę i spojrzeć na śpiącego koło mnie Małego Księcia (który pewnie niedługo się obudzi, bo śpi już prawie dwie godziny, a to nie jest nawet typowa jego drzemkowa godzina!).
Wszystko działo się tak błyskawicznie, że aż nie mogłam w to uwierzyć. Powtarzałam pytanie "what's happening", ale w tym momencie dla zespołu ważniejsze było, żeby ratować mnie i Małego Księcia i na razie nikt nie zawracał sobie głowy tym, żeby mi tłumaczyć ;). Zwłaszcza, że to były tylko minuty.
Sprawdziłam na wypisie ze szpitala, że podczas operacji miałam znieczulenie podpajęczynówkowe. Mogłam ruszać nogami, więc spięto mi je taśmą, rozłożono mi ręce i przypięto, więc czułam się trochę jak na krzyżu ;). Szczypano mnie w brzuch dopóki przestałam to czuć i wtedy zaczęto operację. To były zaledwie minuty, naprawdę, a wszystko było dla mnie tak abstrakcyjne! Asystentka anestezjolożki siedziała cały czas przy mojej głowie, głaskała mnie i mówiła do mnie. Była cudowna. Widziałam monitor pokazujący moje ciśnienie i pracę serca - o dziwo, ciśnienie było niższe niż przez dłuższy czas wcześniej - 140/90 przez większość operacji. Powtarzałam sobie w myślach "jestem Halnym, jestem Halnym"... To dlatego, że moja Mama mi powtarzała wcześniej, "pamiętaj, że jesteś silna, mocna, jesteś silna jak Halny!".
Nie wiedziałam wtedy jeszcze, że dokładnie w momencie, kiedy zabrano mnie na operację, a mój mąż został z mym telefonem w ręku - dostałam maila i na ekranie mojego telefonu wyświetliło się "Deleting avatar Diav" (powiadomienie z gry, w której się poznaliśmy z Francuzem). Powiedział, że nic w życiu nie przeraziło go tak bardzo jak ta moja operacja i ten mail, którego wtedy dostałam.
Drzwi do sali operacyjnej zamknęły się za nami dokładnie o 00:12 (Francuz zrobił zdjęcie), a Mały Książę urodził się dokładnie o 00:19, słyszałam jak to ogłaszają do zapisania. Nie słyszałam, żeby płakał, więc trochę się przestraszyłam, ale za chwilę przyniesiono mi go do pocałowania. W żółtej czapeczce, którą mam do tej pory i trzymam jak skarb. Dopiero po operacji dowiedziałam się, że w tak zwanym międzyczasie (czyli pomiędzy jego urodzeniem się a moim całusem) był ważony, mierzony, sprawdzano w jakim jest stanie. Dostał 9/10 punktów w skali Apgar w pierwszej minucie i 10 w piątej. Mojemu Francuzowi pozwolono przy tym być!!! A on od razu wyciągnął telefon i sfilmował pierwsze chwile Małego Księcia po tej stronie brzuszka. Do tej pory śmiejemy się z tego - bo nasz synek zaczął płakać dopiero wtedy jak zobaczył Tatusia hihihi... :)))
Następnie Tatusia wygoniono, Małego Księcia zabrano, a mnie jeszcze zszywano. Podczas całej operacji podawano mi też jakiś gaz - nie wiem co to było. Przez cały czas czułam się tak nierealnie - nie wierzyłam, że to się dzieje naprawdę!
Po operacji zawieziono mnie do sali pooperacyjnej, od razu dołączył do mnie mój Francuz. Oboje półprzytomni, ostatni raz spaliśmy w nocy z poniedziałku na wtorek, tymczasem już był czwartek! O dziwo, nic mnie nie bolało, kiedy pielęgniarki przychodziły zapytać się o ból w skali - zgodnie z prawdą odpowiadałam pomiędzy 0 a 2/3. Za to ciśnienie skoczyło mi pod sufit, zaczęto się o mnie wtedy poważnie martwić. W dalszym ciągu nie mogłam się ruszać, w dalszym ciągu cewnik, wenflon, elektrody i ciśnieniomierz, który ustawiony ponownie na co 15 minut tym razem co chwila wzbudzał alarm. Dostałam też tlen, bo spadła mi saturacja do 70. I zakaz picia/jedzenia w dalszym ciągu, bo co jeśli potrzebna będzie operacja jeszcze jedna... Mocno krwawiłam.
I marzyłam o herbacie. :)
Na początku zakładano, że na sali pooperacyjnej zostanę dwie do trzech godzin, czyli tak jak to zakłada norma - ale u mnie to się przeciągnęło mocno, bo udało mi się opuścić tę salę dopiero 43 godziny później, czyli w piątek wieczorem. Nie mogłam znieść tego, że w tym czasie do tej samej sali przywożono też inne mamy po cesarkach - przyjeżdżały ze swoimi dziećmi w małych łóżeczkach i wyjeżdżały dwie godziny później. Były beztroskie, szczęśliwe...
Kilka godzin po operacji przyszła do mnie położna, doradca laktacyjny. Zapytała się czy chcę karmić piersią, przytaknęłam i dostałam całą masę różnych ulotek, instrukcji jak odciągać mleko, maleńkie, sterylne strzykawki, do których miałam zbierać pierwsze krople, a na górze już na mnie czekał mój (na następne trzy miesiące) zestaw do odciągania mleka. Od razu zebrałam pierwsze krople i Francuz poszedł je zanieść Małemu Księciu. Mały Książę je pochłonął od razu (pozwolono Francuzowi mu podać je bezpośrednio, pomimo iż synek miał już założoną sondę do żołądka) i płaczem zażądał jeszcze.
Przed szóstą rano dostałam wzmocnioną dawkę leków na ciśnienie, w kroplówce - odrobinę spadło, więc o 6:30 zawieziono mnie, na łóżku, bez możliwości ruszania się wciąż, do NICU, gdzie mogłam przynajmniej zobaczyć mojego kochanego Lokisia.
W NICU było ciemno, w oknach były zasłonięte rolety, wszędzie pracowały różne maszyny, dookoła było pełno wyświetlaczy z całą masą różnych numerów i cztery (w sali Lokisia) inkubatorki. Dodatkowo mój Malutki Książę miał całą buzię zasłoniętą CPAPem, ponoć nie było dużej potrzeby, ale doktor zadecydował, że przez kilka godzin przyda się maleństwu wsparcie, bo jednak, niezależnie od ilości punktów w skali Apgar - urodził się ponad dwa miesiące za wcześnie. Pozwolono mi zrobić zdjęcie - to był jeden jedyny raz kiedy mogłam wjechać/wejść do NICU bez uprzedniego szorowania się alkoholem itd itp.
Dopiero teraz zauważyłam, iż na zdjęciu, w szybce inkubatorka, odbija się moje łóżko :).
Następnym razem zobaczyłam moje maleństwo dopiero w sobotę popołudniu/wieczorem.
Po krótkiej wizycie wróciłam na salę pooperacyjną. Wciąż nie pozwolono mi niczego zjeść, ani wypić, wciąż nie spałam... i, całkiem prozaicznie, przez brak możliwości ruchu - miałam od wtorkowego poranka nieumyte zęby, włosy itd. Czułam się z tym okropnie. Francuz był wyczerpany na maxa. Dwa razy zasnął na taborecie, siedząc koło mnie i dwa razy z tego taboretu spadł. Ale nic nie przebije tego, iż zasnął - idąc. Szedł od stołu do mojego łóżka i nagle widzę, że zamykają mu się oczy, a on leci na podłogę. Na szczęście nic się nie stało. Chciałam, żeby odpoczął, ale on chciał być ze mną w każdej sekundzie. Zostawił mnie jedynie na chwilę w piątek popołudniu - bo musiał pojechać zarejestrować naszego synka w urzędzie. Całe szczęście, że przez ten cały czas moja Mama czuwała nad nami tuż za drzwiami i dokarmiała mojego Francuza! Byłoby bardzo ciężko bez tego.
Nad ranem w czwartek chciano mi pobrać krew do badań - ale nie udało się. Moje żyły były już tak zmęczone, że z żadnej nie udało się pobrać krwi. Siedziało nade mną kilka pielęgniarek i kłuły mnie w różne miejsca, ale nic z tego nie wychodziło... Jednej z nich przyszło do głowy wkłuć mi się w tętnicę przy kciuku - to był koszmar! Bolało.... Ach, nawet nie mam słów jak bardzo! A i tak nie udało się pobrać krwi.
Te czterdzieści trzy godziny mocno mi się rozmywają, sama już nie wiem co było kiedy. Zbierałam mleczko do strzykawki, Francuz zanosił je Małemu Księciu, moje ciśnienie skakało jak głupie, pielęgniarki śmiały się uprzejmie, że moje dziecko ma lepszą saturację niż ja...
W piątek wieczorem stwierdzono, że niebezpieczeństwo minęło i zawieziono mnie na górę. Ach, jakże się cieszyłam widokiem swojskich (już) brzoskwiniowych korytarzy! Wciąż wiszących świątecznych ozdób i znajomych twarzy....! Ale cieszyłam się niedługo, bowiem okazało się, że jest tak dużo pacjentek na oddziale ciążowych, iż część trzeba było umieścić na oddziale ginekologicznym. Na oddziale ginekologicznym nie było jedynek, wszystkie pokoje były dwuosobowe. Umieszczono mnie w pokoju razem z młodą muzułmanką, świeżo upieczoną mamą bliźniaków-wcześniaków, z hipotrofią. I to była dla mnie, dla nas (mnie i Francuza) katastrofa. Wieczór, daleko od domu, oboje nie spaliśmy od czterech dni, padaliśmy na pyszczki... tymczasem w pokoju dwuosobowym Francuz nie mógł ze mną zostać. Nie wiedzieliśmy co zrobić - w końcu pielęgniarki przyprowadziły dla niego krzesło do spania, rozkładane, pod warunkiem, iż sąsiadka z łóżka obok zgodzi się, by mój mąż w pokoju został. Na szczęście się zgodziła. Zasunęliśmy zasłonę, oddaliśmy jej całkowitą władzę na pilotem do telewizora i chcieliśmy pójść spać. Poszliśmy z lekkim opóźnieniem, bo okazało się, że muszę jeszcze dostać leki na ciśnienie, kroplówkę z paracetamolem i zastrzyki przeciwzakrzepowe... (brr). Ale zdjęto mi ciśnieniomierz, elektrody - chociaż jeszcze nie mogłam wstawać, ani się za bardzo ruszać - przynajmniej mogłam SPAĆ. Francuz również przyniósł mi w jakimś pudełeczku wodę i odnalazł moją szczoteczkę do zębów - więc poczułam się (fizycznie) o niebo lepiej. Psychicznie byłam wrakiem.
W sobotę rano sytuację odkrył mąż sąsiadki muzułmanki i wyraził bardzo zdecydowany sprzeciw na pobyt mojego męża w pokoju. Ba, zażądał, by mąż wychodził za każdym razem kiedy jego żona wstawała do łazienki czy też jadła, lub odciągała mleko (mimo, iż zasłona pomiędzy łóżkami była zasłonięta). Sam za to nie odczuwał żadnego wstydu gapiąc się na mnie. Byliśmy w kropce, Francuz nie chciał mnie zostawić, ja nie chciałam zostać sama. Na szczęście, w szpitalu byłam tak długo, że położne z patologii ciąży zdążyły mnie poznać i polubić i jakimś cudem, cudem! Tylko dlatego, że ich kierowniczka była akurat na urlopie, udało im się i znalazły dla mnie pokój. Ba, nawet im się udało przeprowadzić mnie do "mojego" pokoju, tego, w którym byłam na samym początku. Przewiozły mnie, w końcu wyjęły mi cewnik, a następnie zaczęła się pionizacja, uczenie mojego męża jak ma się mną zajmować, jak pomagać się myć, itd itp :). Jeszcze tego samego dnia wieczorem (sobota) wreszcie zobaczyłam ponownie mojego ukochanego Małego Księcia! Tym razem przyjechałam do niego na fotelu (wciąż z kroplówką) i pozwolono mi go kangurować! I spróbować nakarmić. I zrobiono mi z nim zdjęcie :).
Ach, no właśnie, kompletnie bym zapomniała - a to takie było dla mnie wówczas ważne - pielęgniarki Lokisia z NICU codziennie robiły mu zdjęcia, czasami nawet kilka i przynosiły je do mnie na górę (NICU znajduje się koło porodówki, z oczywistych względów). Spałam z tymi zdjęciami i miałam je cały czas przy sobie.
W pokoju czekała też na mnie pompa firmy Medela Syphony - szpital dał mi ją na trzy miesiące, zapewniając równocześnie zapas akcesoriów na te trzy miesiące oraz wachlarz nakładek w każdym chyba rozmiarze :).
O, taka:
Kiedy potem zobaczyłam jej cenę na Amazonie to myślałam, że padnę, ponad 2000 dolarów... Wow.
Następne dni upływały bardzo monotonnie, odciąganie mleka, leki co kilka godzin, kroplówki, próby pobierania krwi co rano, ciśnienie badane co kilka godzin, w międzyczasie wizyty w NICU, kangurowanie... wizyty mojej Mamy w szpitalu i....
...
...
depresja. Nie potrafiłam wrócić do realnego świata, cały czas miałam wrażenie, że oglądam film z moim udziałem. Płakałam - bardzo dużo. Nie potrafiłam sobie poradzić z całą sytuacją. Jak tylko Francuz wspomniał położnej, że chyba mam depresję - w trybie natychmiastowym (dosłownie! była u mnie zaledwie dziesięć minut później) ściągnięto do mnie psychiatrę/psychologa. Czy mi to pomogło? Może w pewnym sensie tak, bo pewne rzeczy powiedziałam głośno. Wciąż czułam się abstrakcyjnie, ale odrobinę lepiej.
Tak naprawdę jednak depresja mi minęła dopiero jak Mały Książę skończył dziewięć miesięcy, o ile dobrze pamiętam.
Pożytek z pani psychiatry był za to bardzo duży w kwestii mojego męża, bowiem okazało się, że po urodzeniu się wcześniaka - mężowi, ze względu na stres towarzyszący wszystkim wydarzeniom, należy się dodatkowe zwolnienie, dzięki czemu mógł być ze mną dłużej w domu niż tylko podczas urlopu tacierzyńskiego. :)
We wtorek w końcu wyjęto mi wenflon! I mogłam zdecydowanie pewniej przytulić Małego Księcia.
W środę rano zdjęto mi szwy i z całą masą zaleceń wysłano mnie do domu. Oprócz zaleceń dostałam też kolejne różowe pudełko, ale o nich napiszę innym razem :). Wiem, że w Polsce też są, ciekawe czy bardzo się różnią zawartością? :)
W następnych częściach Naszej Historii mam zamiar opisać Lokisiowy pobyt w NICU w Nicei, a potem miesiąc, który spędził na neonatologii w Cannes :).
Ciężko mi było to wszystko opisać - ale przyznam, że teraz, kiedy kończę ten wpis - jest mi dużo lżej. Już się nie trzęsę :).
"Zjechaliśmy na piętro -3, atmosfera była tak samo zimna i beznadziejna jak pierwszego dnia kiedy przyjechałam do tego szpitala... Położna z góry zostawiła nas z położnikiem, który zaprowadził nas do małego pokoju "prelabor", w którym nie było miejsca prawie na nic. Wszędzie stały maszyny, monitory, jedno łóżko, jedno krzesło. Niewygodne krzesło, niewygodne łóżko, na którym kazano mi się położyć i czekać..."
Kiedy położnik do nas wrócił, okazało się, że jest zdecydowanie mniej cierpliwy niż położne i pielęgniarki na patologii ciąży; nie mógł zrozumieć, że boję się igieł, zwłaszcza po tak długim już pobycie w szpitalu z codziennym kłuciem i chciał założyć mi wenflon tak szybko jak to możliwe i mieć mnie z głowy. Próbował założyć mi najpierw na nadgarstku, ale nic z tego nie wyszło, potem na górze dłoni, ale żyły również były zbyt na to wymęczone - w końcu podpiął mi się w zagięciu łokcia. Po wenflonie przyszedł czas na założenie cewnika, ktg, ciśnieniomierza, elektrod i sama nie wiem czego jeszcze. Wreszcie założono mi lek, który miał wywołać poród.
Nie mogłam wstawać, nie mogłam się ruszać. Łóżko było piekielnie niewygodne. Godziny mijały.
Po jakimś czasie, sama już nie wiem po jak długim, zaczęłam mieć skurcze. Bolesne, ale jeszcze do przeżycia. Za to, zauważyliśmy wtedy, że podczas skurczy, kiedy zmieniam pozycję - serce naszego synka zwalnia. Zaniepokoiło to wszystkich, natychmiast zorganizowano USG - przyjechała maszyna razem z panią ją obsługującą oraz, niestety, razem ze studentem-stażystą. To chyba był jedyny moment mojego pobytu w szpitalu, w którym człowiek popełnił błąd. Pani, która robiła mi USG była bardziej zainteresowana spodobaniem się studentowi, oraz zaimponowaniem mu, niż porządnym zajęciem się mną. USG zrobiła, flirtując cały czas i pokazując studentowi jak działa maszyna. Stwierdziła, że wszystko ok i wyjechała maszyną z naszej klitki prelabor. Nie było ok. Wróciła po pół godzinie, tym razem bez studenta, za to znowu z maszyną i powiedziała, lekko zaniepokojona, że maszyna pokazała, że coś jest nie tak z łożyskiem. Ale, że nie jest pewna i że może zrobić jeszcze raz. Z tym, że akurat miała być zmiana warty, więc stwierdziła, że pewnie wszystko jest ok, tylko maszyna popełniła błąd i w sumie, że przekaże to następnej osobie... no i nikt z maszyną do usg już do nas nie wrócił.
KTG było już włączone non stop, zapisywało każde uderzenie serca naszego maleństwa. Zauważyliśmy, że jego serduszko zwalnia za każdym razem kiedy zmieniam pozycję, chociażby delikatnie, więc od tej pory po prostu przestałam się ruszać, leżałam tylko pod lekkim kątem, prawie na lewym boku, ale jednak na plecach, bo tylko w tej pozycji serce było ok. Już wtedy przyszło nam do głowy, że być może łożysko zaczyna się odklejać?
Razem z nocną zmianą przyszła zmiana papieru w maszynie do ktg, bo po wydrukowaniu metrów (dosłownie) i zajęciu podłogi w połowie pokoju - papier po prostu się skończył. Bardzo chciało mi się pić, ale nie pozwolono mi ani jeść, ani pić - bo nikt wtedy jeszcze nie wiedział, czy urodzę naturalnie czy też będę miała cesarkę. Rozwarcie było na 2 centymetry, skurcze, podczas których robiłam wszystko, żeby się nie poruszyć, co kilka minut. Po jakimś czasie doktor, który był na nocnej zmianie zadecydował, że może powinnam spotkać się z zespołem, który wykonywał tej nocy cesarskie cięcia...
Zespół był super. Pani anestezjolog przypominała mi z wyglądu moją Przyjaciółkę, z tym, że jej kosmyki miały jaskrawo różowy odcień, a nie czerwony. Chirurg z nocnej zmiany okazał się być przyjacielem naszego pierwszego ginekologa i człowiekiem, który był nam polecany od samego początku. Także spotkanie z zespołem trochę mnie uspokoiło.
Fakt, że nie mogłam się ruszać, ani pić, ani jeść, ani spać - doprowadzał mnie do rozpaczy. Wiem, to brzmi jak nic takiego - ale utrzymanie tej samej pozycji przez kilka godzin to już (dla mnie) jest katorga, a co dopiero mówić o kilkunastu, czy też jak się okazało później - kilkudziesięciu!
Tej nocy nie podjęto decyzji o cesarce, skurcze jakby przycichły, czekaliśmy. Mój Francuz, cały czas przy mnie, solidarnie ze mną starał się nie spać, aczkolwiek był tak wykończony, że zdarzało mu się zdrzemnąć. Mi nie - ciśnieniomierz co 15 minut skutecznie mi to uniemożliwiał. I tak leżałam, leżałam, czekałam i czekałam i płakałam z niemocy. Moja Mama była tuż za drzwiami, ale nie mogła do nas wejść, nie do tej sali, prelabor. Podchodziła tylko do drzwi i dawała jedzenie dla mojego męża, a ja nawet nie mogłam jej zobaczyć! Ale pisałyśmy do siebie smsy, cały czas.
Kolejne godziny mijały, kolejne rolki papieru do KTG się kończyły (działało już non stop, co jakiś czas tylko ktoś przychodził sprawdzać). Po nocy, która wydawała się niekończąca przyszedł szary dzień. Rano rozwarcie wciąż tylko na 2 centymetry. Ktoś podjął decyzje o drugiej turze leku wywołującego poród, założono mi go... Po kilku godzinach zaczęłam mieć skurcze co 2 minuty. Wyłam z bólu, starając się jednocześnie nie ruszać, aczkolwiek były chwile, kiedy po prostu zwijałam się w kulkę, a wówczas serduszko mojego Małego Księcia drastycznie zwalniało. Minęło już ponad 30 godzin bez snu, bez picia, bez ruchu, byłam wykończona. Popołudniu zaczęły mi powoli odchodzić wody, doktor powiedziała, że może palcem dotknąć główki Małego Księcia - badania szyjki były bardzo bolesne. Rozwarcie jednak wciąż było za małe, raptem 2,5 centymetra, tymczasem czas mijał. Skurcze nasilały się w swojej intensywności, przewieziono mnie na salę porodową. Wieczorem dostałam znieczulenie (nie wiem jakie, do tego stopnia nie miałam głowy do tego wszystkiego - ale mogłam po nim ruszać nogami) - przed panikowałam strasznie, zwłaszcza, że do założenia wenflonu w to miejsce wygoniono z sali mojego męża - anestezjolog powiedziała, że mężczyźni mają tendencje do mdlenia jak widzą zakładanie, a one nie mają czasu tu się zajmować facetami, bo ciężarna jest najważniejsza. Na szczęście asystentka pani anestezjolog (inny zespół niż z poprzedniej nocy) była fantastyczna, cały czas do mnie mówiła (po angielsku). Wiedziała już, że mi akurat pomaga kiedy mam chociażby świadomość kontroli nad tym co się ze mną dzieje, więc opisywała mi co jest robione w danej chwili. Przeżyłam ;), aczkolwiek bałam się niesamowicie. Podczas wkłucia się udało mi się nie drgnąć nawet o milimetr, za co zostałam bardzo pochwalona ;).
Poczułam bardzo przyjemne zimno wzdłuż kręgosłupa i po chwili ból zaczął mijać. Ach, przynajmniej od bólu mogłam odpocząć, bo już byłam tak strasznie wszystkim zmęczona, że aż ciężko mi było uwierzyć, że wciąż trzymam się "na nogach". Przez godzinę, albo może półtorej? był spokój od bólu. Tuż przed podaniem znieczulenia założono mi do szyjki sondę, która miała za zadanie przekazywać informację o skurczach, skoro ja miałam ich nie czuć.
To był wyjątkowy tydzień w tym szpitalu - był nawał rodzących. Tego dnia kiedy zabrano mnie na dół - wszystkie sale były zajęte, rodzące wjeżdżały i wyjeżdżały w ogromnej liczbie. Tyle kobiet rodziło w tym tygodniu, iż na górze zabrakło dla wszystkich pokoi i zaczęto kłaść niektóre dziewczyny na oddziale ginekologicznym - ale o tym później.
Po około półtorej godzinie ból podczas skurczy zaczął wracać. Jednakże w tym samym momencie, w którym się na to poskarżyłam - przybiegła położna z innej sali, żeby zabrać moją panią doktor - zanikła akcja serca dziecka podczas porodu, konieczna była natychmiastowa cesarka. Zajęli się mną inni, między innymi student położnik. Tuż przed północą zaczęłam mieć wrażenie, że przeciekam jednak trochę bardziej niż powinnam, a kiedy poprosiłam Francuza o sprawdzenie, okazało się, że wyciekają ze mnie nie tylko wody płodowe, ale również krew. Student położnik, kiedy Francuz mu o tym powiedział, postanowił wyjąć moją sondę, żeby sprawdzić co się dzieje... i w momencie kiedy ją wyjął - krew była wszędzie, po prostu ze mnie chlusnęła. W sali wszyscy wpadli w panikę, usłyszałam tylko "décollement placentaire", zdążyłam tylko oddać telefon mężowi, podczas gdy anestezjolog zmieniała lek w moim wenflonie w kręgosłupie, przerzucili mnie na inne łóżko i błyskawicznie przewieziono mnie do sali operacyjnej.
Trzęsę się, jak o tym piszę ;). Wiem, że tyle historii było cięższych, straszniejszych - ale ta jest moja i miała na mnie ogromny wpływ. Cieszę się, że mogę odwrócić głowę i spojrzeć na śpiącego koło mnie Małego Księcia (który pewnie niedługo się obudzi, bo śpi już prawie dwie godziny, a to nie jest nawet typowa jego drzemkowa godzina!).
Wszystko działo się tak błyskawicznie, że aż nie mogłam w to uwierzyć. Powtarzałam pytanie "what's happening", ale w tym momencie dla zespołu ważniejsze było, żeby ratować mnie i Małego Księcia i na razie nikt nie zawracał sobie głowy tym, żeby mi tłumaczyć ;). Zwłaszcza, że to były tylko minuty.
Sprawdziłam na wypisie ze szpitala, że podczas operacji miałam znieczulenie podpajęczynówkowe. Mogłam ruszać nogami, więc spięto mi je taśmą, rozłożono mi ręce i przypięto, więc czułam się trochę jak na krzyżu ;). Szczypano mnie w brzuch dopóki przestałam to czuć i wtedy zaczęto operację. To były zaledwie minuty, naprawdę, a wszystko było dla mnie tak abstrakcyjne! Asystentka anestezjolożki siedziała cały czas przy mojej głowie, głaskała mnie i mówiła do mnie. Była cudowna. Widziałam monitor pokazujący moje ciśnienie i pracę serca - o dziwo, ciśnienie było niższe niż przez dłuższy czas wcześniej - 140/90 przez większość operacji. Powtarzałam sobie w myślach "jestem Halnym, jestem Halnym"... To dlatego, że moja Mama mi powtarzała wcześniej, "pamiętaj, że jesteś silna, mocna, jesteś silna jak Halny!".
Nie wiedziałam wtedy jeszcze, że dokładnie w momencie, kiedy zabrano mnie na operację, a mój mąż został z mym telefonem w ręku - dostałam maila i na ekranie mojego telefonu wyświetliło się "Deleting avatar Diav" (powiadomienie z gry, w której się poznaliśmy z Francuzem). Powiedział, że nic w życiu nie przeraziło go tak bardzo jak ta moja operacja i ten mail, którego wtedy dostałam.
Drzwi do sali operacyjnej zamknęły się za nami dokładnie o 00:12 (Francuz zrobił zdjęcie), a Mały Książę urodził się dokładnie o 00:19, słyszałam jak to ogłaszają do zapisania. Nie słyszałam, żeby płakał, więc trochę się przestraszyłam, ale za chwilę przyniesiono mi go do pocałowania. W żółtej czapeczce, którą mam do tej pory i trzymam jak skarb. Dopiero po operacji dowiedziałam się, że w tak zwanym międzyczasie (czyli pomiędzy jego urodzeniem się a moim całusem) był ważony, mierzony, sprawdzano w jakim jest stanie. Dostał 9/10 punktów w skali Apgar w pierwszej minucie i 10 w piątej. Mojemu Francuzowi pozwolono przy tym być!!! A on od razu wyciągnął telefon i sfilmował pierwsze chwile Małego Księcia po tej stronie brzuszka. Do tej pory śmiejemy się z tego - bo nasz synek zaczął płakać dopiero wtedy jak zobaczył Tatusia hihihi... :)))
Następnie Tatusia wygoniono, Małego Księcia zabrano, a mnie jeszcze zszywano. Podczas całej operacji podawano mi też jakiś gaz - nie wiem co to było. Przez cały czas czułam się tak nierealnie - nie wierzyłam, że to się dzieje naprawdę!
Po operacji zawieziono mnie do sali pooperacyjnej, od razu dołączył do mnie mój Francuz. Oboje półprzytomni, ostatni raz spaliśmy w nocy z poniedziałku na wtorek, tymczasem już był czwartek! O dziwo, nic mnie nie bolało, kiedy pielęgniarki przychodziły zapytać się o ból w skali - zgodnie z prawdą odpowiadałam pomiędzy 0 a 2/3. Za to ciśnienie skoczyło mi pod sufit, zaczęto się o mnie wtedy poważnie martwić. W dalszym ciągu nie mogłam się ruszać, w dalszym ciągu cewnik, wenflon, elektrody i ciśnieniomierz, który ustawiony ponownie na co 15 minut tym razem co chwila wzbudzał alarm. Dostałam też tlen, bo spadła mi saturacja do 70. I zakaz picia/jedzenia w dalszym ciągu, bo co jeśli potrzebna będzie operacja jeszcze jedna... Mocno krwawiłam.
I marzyłam o herbacie. :)
Na początku zakładano, że na sali pooperacyjnej zostanę dwie do trzech godzin, czyli tak jak to zakłada norma - ale u mnie to się przeciągnęło mocno, bo udało mi się opuścić tę salę dopiero 43 godziny później, czyli w piątek wieczorem. Nie mogłam znieść tego, że w tym czasie do tej samej sali przywożono też inne mamy po cesarkach - przyjeżdżały ze swoimi dziećmi w małych łóżeczkach i wyjeżdżały dwie godziny później. Były beztroskie, szczęśliwe...
Kilka godzin po operacji przyszła do mnie położna, doradca laktacyjny. Zapytała się czy chcę karmić piersią, przytaknęłam i dostałam całą masę różnych ulotek, instrukcji jak odciągać mleko, maleńkie, sterylne strzykawki, do których miałam zbierać pierwsze krople, a na górze już na mnie czekał mój (na następne trzy miesiące) zestaw do odciągania mleka. Od razu zebrałam pierwsze krople i Francuz poszedł je zanieść Małemu Księciu. Mały Książę je pochłonął od razu (pozwolono Francuzowi mu podać je bezpośrednio, pomimo iż synek miał już założoną sondę do żołądka) i płaczem zażądał jeszcze.
Przed szóstą rano dostałam wzmocnioną dawkę leków na ciśnienie, w kroplówce - odrobinę spadło, więc o 6:30 zawieziono mnie, na łóżku, bez możliwości ruszania się wciąż, do NICU, gdzie mogłam przynajmniej zobaczyć mojego kochanego Lokisia.
W NICU było ciemno, w oknach były zasłonięte rolety, wszędzie pracowały różne maszyny, dookoła było pełno wyświetlaczy z całą masą różnych numerów i cztery (w sali Lokisia) inkubatorki. Dodatkowo mój Malutki Książę miał całą buzię zasłoniętą CPAPem, ponoć nie było dużej potrzeby, ale doktor zadecydował, że przez kilka godzin przyda się maleństwu wsparcie, bo jednak, niezależnie od ilości punktów w skali Apgar - urodził się ponad dwa miesiące za wcześnie. Pozwolono mi zrobić zdjęcie - to był jeden jedyny raz kiedy mogłam wjechać/wejść do NICU bez uprzedniego szorowania się alkoholem itd itp.
Dopiero teraz zauważyłam, iż na zdjęciu, w szybce inkubatorka, odbija się moje łóżko :).
Następnym razem zobaczyłam moje maleństwo dopiero w sobotę popołudniu/wieczorem.
Po krótkiej wizycie wróciłam na salę pooperacyjną. Wciąż nie pozwolono mi niczego zjeść, ani wypić, wciąż nie spałam... i, całkiem prozaicznie, przez brak możliwości ruchu - miałam od wtorkowego poranka nieumyte zęby, włosy itd. Czułam się z tym okropnie. Francuz był wyczerpany na maxa. Dwa razy zasnął na taborecie, siedząc koło mnie i dwa razy z tego taboretu spadł. Ale nic nie przebije tego, iż zasnął - idąc. Szedł od stołu do mojego łóżka i nagle widzę, że zamykają mu się oczy, a on leci na podłogę. Na szczęście nic się nie stało. Chciałam, żeby odpoczął, ale on chciał być ze mną w każdej sekundzie. Zostawił mnie jedynie na chwilę w piątek popołudniu - bo musiał pojechać zarejestrować naszego synka w urzędzie. Całe szczęście, że przez ten cały czas moja Mama czuwała nad nami tuż za drzwiami i dokarmiała mojego Francuza! Byłoby bardzo ciężko bez tego.
Nad ranem w czwartek chciano mi pobrać krew do badań - ale nie udało się. Moje żyły były już tak zmęczone, że z żadnej nie udało się pobrać krwi. Siedziało nade mną kilka pielęgniarek i kłuły mnie w różne miejsca, ale nic z tego nie wychodziło... Jednej z nich przyszło do głowy wkłuć mi się w tętnicę przy kciuku - to był koszmar! Bolało.... Ach, nawet nie mam słów jak bardzo! A i tak nie udało się pobrać krwi.
Te czterdzieści trzy godziny mocno mi się rozmywają, sama już nie wiem co było kiedy. Zbierałam mleczko do strzykawki, Francuz zanosił je Małemu Księciu, moje ciśnienie skakało jak głupie, pielęgniarki śmiały się uprzejmie, że moje dziecko ma lepszą saturację niż ja...
W piątek wieczorem stwierdzono, że niebezpieczeństwo minęło i zawieziono mnie na górę. Ach, jakże się cieszyłam widokiem swojskich (już) brzoskwiniowych korytarzy! Wciąż wiszących świątecznych ozdób i znajomych twarzy....! Ale cieszyłam się niedługo, bowiem okazało się, że jest tak dużo pacjentek na oddziale ciążowych, iż część trzeba było umieścić na oddziale ginekologicznym. Na oddziale ginekologicznym nie było jedynek, wszystkie pokoje były dwuosobowe. Umieszczono mnie w pokoju razem z młodą muzułmanką, świeżo upieczoną mamą bliźniaków-wcześniaków, z hipotrofią. I to była dla mnie, dla nas (mnie i Francuza) katastrofa. Wieczór, daleko od domu, oboje nie spaliśmy od czterech dni, padaliśmy na pyszczki... tymczasem w pokoju dwuosobowym Francuz nie mógł ze mną zostać. Nie wiedzieliśmy co zrobić - w końcu pielęgniarki przyprowadziły dla niego krzesło do spania, rozkładane, pod warunkiem, iż sąsiadka z łóżka obok zgodzi się, by mój mąż w pokoju został. Na szczęście się zgodziła. Zasunęliśmy zasłonę, oddaliśmy jej całkowitą władzę na pilotem do telewizora i chcieliśmy pójść spać. Poszliśmy z lekkim opóźnieniem, bo okazało się, że muszę jeszcze dostać leki na ciśnienie, kroplówkę z paracetamolem i zastrzyki przeciwzakrzepowe... (brr). Ale zdjęto mi ciśnieniomierz, elektrody - chociaż jeszcze nie mogłam wstawać, ani się za bardzo ruszać - przynajmniej mogłam SPAĆ. Francuz również przyniósł mi w jakimś pudełeczku wodę i odnalazł moją szczoteczkę do zębów - więc poczułam się (fizycznie) o niebo lepiej. Psychicznie byłam wrakiem.
W sobotę rano sytuację odkrył mąż sąsiadki muzułmanki i wyraził bardzo zdecydowany sprzeciw na pobyt mojego męża w pokoju. Ba, zażądał, by mąż wychodził za każdym razem kiedy jego żona wstawała do łazienki czy też jadła, lub odciągała mleko (mimo, iż zasłona pomiędzy łóżkami była zasłonięta). Sam za to nie odczuwał żadnego wstydu gapiąc się na mnie. Byliśmy w kropce, Francuz nie chciał mnie zostawić, ja nie chciałam zostać sama. Na szczęście, w szpitalu byłam tak długo, że położne z patologii ciąży zdążyły mnie poznać i polubić i jakimś cudem, cudem! Tylko dlatego, że ich kierowniczka była akurat na urlopie, udało im się i znalazły dla mnie pokój. Ba, nawet im się udało przeprowadzić mnie do "mojego" pokoju, tego, w którym byłam na samym początku. Przewiozły mnie, w końcu wyjęły mi cewnik, a następnie zaczęła się pionizacja, uczenie mojego męża jak ma się mną zajmować, jak pomagać się myć, itd itp :). Jeszcze tego samego dnia wieczorem (sobota) wreszcie zobaczyłam ponownie mojego ukochanego Małego Księcia! Tym razem przyjechałam do niego na fotelu (wciąż z kroplówką) i pozwolono mi go kangurować! I spróbować nakarmić. I zrobiono mi z nim zdjęcie :).
Ach, no właśnie, kompletnie bym zapomniała - a to takie było dla mnie wówczas ważne - pielęgniarki Lokisia z NICU codziennie robiły mu zdjęcia, czasami nawet kilka i przynosiły je do mnie na górę (NICU znajduje się koło porodówki, z oczywistych względów). Spałam z tymi zdjęciami i miałam je cały czas przy sobie.
W pokoju czekała też na mnie pompa firmy Medela Syphony - szpital dał mi ją na trzy miesiące, zapewniając równocześnie zapas akcesoriów na te trzy miesiące oraz wachlarz nakładek w każdym chyba rozmiarze :).
O, taka:

Kiedy potem zobaczyłam jej cenę na Amazonie to myślałam, że padnę, ponad 2000 dolarów... Wow.
Następne dni upływały bardzo monotonnie, odciąganie mleka, leki co kilka godzin, kroplówki, próby pobierania krwi co rano, ciśnienie badane co kilka godzin, w międzyczasie wizyty w NICU, kangurowanie... wizyty mojej Mamy w szpitalu i....
...
...
depresja. Nie potrafiłam wrócić do realnego świata, cały czas miałam wrażenie, że oglądam film z moim udziałem. Płakałam - bardzo dużo. Nie potrafiłam sobie poradzić z całą sytuacją. Jak tylko Francuz wspomniał położnej, że chyba mam depresję - w trybie natychmiastowym (dosłownie! była u mnie zaledwie dziesięć minut później) ściągnięto do mnie psychiatrę/psychologa. Czy mi to pomogło? Może w pewnym sensie tak, bo pewne rzeczy powiedziałam głośno. Wciąż czułam się abstrakcyjnie, ale odrobinę lepiej.
Tak naprawdę jednak depresja mi minęła dopiero jak Mały Książę skończył dziewięć miesięcy, o ile dobrze pamiętam.
Pożytek z pani psychiatry był za to bardzo duży w kwestii mojego męża, bowiem okazało się, że po urodzeniu się wcześniaka - mężowi, ze względu na stres towarzyszący wszystkim wydarzeniom, należy się dodatkowe zwolnienie, dzięki czemu mógł być ze mną dłużej w domu niż tylko podczas urlopu tacierzyńskiego. :)
We wtorek w końcu wyjęto mi wenflon! I mogłam zdecydowanie pewniej przytulić Małego Księcia.
W środę rano zdjęto mi szwy i z całą masą zaleceń wysłano mnie do domu. Oprócz zaleceń dostałam też kolejne różowe pudełko, ale o nich napiszę innym razem :). Wiem, że w Polsce też są, ciekawe czy bardzo się różnią zawartością? :)
W następnych częściach Naszej Historii mam zamiar opisać Lokisiowy pobyt w NICU w Nicei, a potem miesiąc, który spędził na neonatologii w Cannes :).
Ciężko mi było to wszystko opisać - ale przyznam, że teraz, kiedy kończę ten wpis - jest mi dużo lżej. Już się nie trzęsę :).
Tuesday, March 22, 2016
Czternaście miesięcy Małego Księcia
2016-03-22
Dokładnie dzisiaj!
Wiek urodzeniowy: 14 miesięcy
Wiek korygowany: ROK ! :D
Myślałam, że po tym jak większość rzeczy, które się ostatnio działy opisałam w notce z okazji trzynastu miesięcy - nie będę już robiła osobnej notki na czternaście.. ALE znowu tyle się zmieniło przez ostatni tydzień, że po prostu muszę :)))
Wzrost i waga: nie jestem pewna, dawno się nie mierzyliśmy i nie ważyliśmy. ALE - sięga głową do mojego biurka, więc podejrzewam, że pomiędzy 74 a 76. Ubranka 74 zaczynają być ciasne, spodenki zdecydowanie zaczynamy nosić w wersji 80. Waga powyżej 9kg, a mniej niż 10, ale nie wiem dokładnie ile, bo moja waga zbyt dokładna nie jest ;).
Oczy i włosy bez zmian - ma takie jakie miał przez ostatnie miesiące, więc zaczynam myśleć, że już mu się nie zmienią. Oczy ma wciąż niesamowite - na zdjęciach tego nie widać, ale kto mu patrzy w oczy na żywo ten się zachwyca ;). Mienią się różnymi kolorami, zależnie od światła. Kolor przechodzi od głębokiej zieleni do pięknego złotego bursztynu - nie można ich jednoznacznie określić.
Jeszcze nie byliśmy w Polsce na kontroli u lekarza - bo, zgodnie z tym co usłyszeliśmy w przychodni na Madalińskiego, najpierw dziecko musi mieć PESEL, żeby w ogóle do lekarza się zarejestrować, a potem obydwoje rodziców ma przyjść z dowodami do rejestracji, a następnie, jeśli dziecko jest zdrowe, to trzeba czekać na wizytę 2-3 tygodnie. Generalnie chcemy się wybrać do neonatologa, na Madalińskiego chcieliśmy się zapisać, bo wciąż czekają nas jeszcze szczepienia na różyczkę, ospę itd! Zobaczymy jak nam to wszystko wyjdzie.
No dobrze, a teraz nowości ;).
Po pierwsze: 20 marca zrobił nasz Mały Książę pierwsze samodzielne kroczki!!!
Po drugie: wspaniale wspina się na kanapę, całkiem sam, i równie dobrze z niej schodzi.
Po trzecie: nauczył się pokazywać jaki jest duży ;), ale reaguje na razie tylko na pytanie w języku angielskim "Loki how big you are?" - tutaj Loki wyciąga do góry rączki :).
Po czwarte: zaczęliśmy się bawić ciastoliną oraz playdough - i Mały Książę jest tą zabawą zachwycony. Oczywiście nie lepimy niczego konkretnego jeszcze - ale sam fakt, że to się klei, że się trochę paćka, że można łączyć i rozbijać na mniejsze kawałki, że można ugniatać i gnieść i rzucać i w ogóle - samo szczęście :).
Po piąte: stara się powtarzać po nas niektóre słowa, z różnym skutkiem :). Ale bardzo uroczo wychodzi mu "okej". Bo kiedy się zakrztusi czy cokolwiek- zawsze go pytamy "Ok?", a on odpowiada słodkim głosikiem "okej!".
Po szóste: dzisiaj rano ja się zakrztusiłam i Francuz natychmiast poklepał mnie po plecach, żeby mi pomóc. Mały Książę popatrzył, popatrzył i przyleciał do mnie natychmiast i też zaczął mnie klepać po pleckach :). Bardzo lubi naśladować nasze zachowania i ma z tego frajdę.
Uwielbia peek-a-boo/a kuku. W obie strony - i jeśli on gra i jeśli ktoś gra z nim :).
Jeśli chodzi o spanie - w tej chwili jest idealnie, Mały Książę zaczyna się robić śpiący już około 18:00 - 19:00. Wtedy dostaje lekką kolację, jeśli ma ochotę (wciąż jego główne jedzenie to moje mleko), następnie kąpiel (z zabawkami, ostatnio hitem są kredki do rysowania podczas kąpieli), masaż, przytulanki i moje mleczko - i puf, przed 20:00 Mały Książę już śpi. I śpi do rana, do 6:00 - 7:00 :). Także mamy teraz dla siebie caaaaaałe wieczory :D, to miła odmiana, we Francji, Mały Książę chodził spać o 22 - 23 :))).
Wciąż drzemie w ciągu dnia - z reguły jest to jedna drzemka, króciutka, koło 9 (niefortunnie, iż w tym samym czasie mamy playgroupy). Następnie jedna drzemka koło 11 albo koło 13, zależnie od długości drzemki o 9 :). I czasami jeszcze drzemka około 16-17, zależnie od intensywności wcześniejszej zabawy.
Mam nadzieję, że w dużym skrócie napisałam o wszystkim, bo musimy już lecieć na grupę francuską :))).
Na zdjęciu Mały Książę, który właśnie postawił pierwsze kroczki :)))).
Dokładnie dzisiaj!
Wiek urodzeniowy: 14 miesięcy
Wiek korygowany: ROK ! :D
Myślałam, że po tym jak większość rzeczy, które się ostatnio działy opisałam w notce z okazji trzynastu miesięcy - nie będę już robiła osobnej notki na czternaście.. ALE znowu tyle się zmieniło przez ostatni tydzień, że po prostu muszę :)))
Wzrost i waga: nie jestem pewna, dawno się nie mierzyliśmy i nie ważyliśmy. ALE - sięga głową do mojego biurka, więc podejrzewam, że pomiędzy 74 a 76. Ubranka 74 zaczynają być ciasne, spodenki zdecydowanie zaczynamy nosić w wersji 80. Waga powyżej 9kg, a mniej niż 10, ale nie wiem dokładnie ile, bo moja waga zbyt dokładna nie jest ;).
Oczy i włosy bez zmian - ma takie jakie miał przez ostatnie miesiące, więc zaczynam myśleć, że już mu się nie zmienią. Oczy ma wciąż niesamowite - na zdjęciach tego nie widać, ale kto mu patrzy w oczy na żywo ten się zachwyca ;). Mienią się różnymi kolorami, zależnie od światła. Kolor przechodzi od głębokiej zieleni do pięknego złotego bursztynu - nie można ich jednoznacznie określić.
Jeszcze nie byliśmy w Polsce na kontroli u lekarza - bo, zgodnie z tym co usłyszeliśmy w przychodni na Madalińskiego, najpierw dziecko musi mieć PESEL, żeby w ogóle do lekarza się zarejestrować, a potem obydwoje rodziców ma przyjść z dowodami do rejestracji, a następnie, jeśli dziecko jest zdrowe, to trzeba czekać na wizytę 2-3 tygodnie. Generalnie chcemy się wybrać do neonatologa, na Madalińskiego chcieliśmy się zapisać, bo wciąż czekają nas jeszcze szczepienia na różyczkę, ospę itd! Zobaczymy jak nam to wszystko wyjdzie.
No dobrze, a teraz nowości ;).
Po pierwsze: 20 marca zrobił nasz Mały Książę pierwsze samodzielne kroczki!!!
Po drugie: wspaniale wspina się na kanapę, całkiem sam, i równie dobrze z niej schodzi.
Po trzecie: nauczył się pokazywać jaki jest duży ;), ale reaguje na razie tylko na pytanie w języku angielskim "Loki how big you are?" - tutaj Loki wyciąga do góry rączki :).
Po czwarte: zaczęliśmy się bawić ciastoliną oraz playdough - i Mały Książę jest tą zabawą zachwycony. Oczywiście nie lepimy niczego konkretnego jeszcze - ale sam fakt, że to się klei, że się trochę paćka, że można łączyć i rozbijać na mniejsze kawałki, że można ugniatać i gnieść i rzucać i w ogóle - samo szczęście :).
Po piąte: stara się powtarzać po nas niektóre słowa, z różnym skutkiem :). Ale bardzo uroczo wychodzi mu "okej". Bo kiedy się zakrztusi czy cokolwiek- zawsze go pytamy "Ok?", a on odpowiada słodkim głosikiem "okej!".
Po szóste: dzisiaj rano ja się zakrztusiłam i Francuz natychmiast poklepał mnie po plecach, żeby mi pomóc. Mały Książę popatrzył, popatrzył i przyleciał do mnie natychmiast i też zaczął mnie klepać po pleckach :). Bardzo lubi naśladować nasze zachowania i ma z tego frajdę.
Uwielbia peek-a-boo/a kuku. W obie strony - i jeśli on gra i jeśli ktoś gra z nim :).
Jeśli chodzi o spanie - w tej chwili jest idealnie, Mały Książę zaczyna się robić śpiący już około 18:00 - 19:00. Wtedy dostaje lekką kolację, jeśli ma ochotę (wciąż jego główne jedzenie to moje mleko), następnie kąpiel (z zabawkami, ostatnio hitem są kredki do rysowania podczas kąpieli), masaż, przytulanki i moje mleczko - i puf, przed 20:00 Mały Książę już śpi. I śpi do rana, do 6:00 - 7:00 :). Także mamy teraz dla siebie caaaaaałe wieczory :D, to miła odmiana, we Francji, Mały Książę chodził spać o 22 - 23 :))).
Wciąż drzemie w ciągu dnia - z reguły jest to jedna drzemka, króciutka, koło 9 (niefortunnie, iż w tym samym czasie mamy playgroupy). Następnie jedna drzemka koło 11 albo koło 13, zależnie od długości drzemki o 9 :). I czasami jeszcze drzemka około 16-17, zależnie od intensywności wcześniejszej zabawy.
Mam nadzieję, że w dużym skrócie napisałam o wszystkim, bo musimy już lecieć na grupę francuską :))).
Na zdjęciu Mały Książę, który właśnie postawił pierwsze kroczki :)))).
Friday, March 18, 2016
Pierwszy rok: moje hity (akcesoria i zabawki): PODUSZKA DO KARMIENIA
Na początku garstka faktów. Po pierwsze - przyznaje się, że jestem mocno biuściasta. Co, wbrew pozorom, nie ułatwia (przynajmniej na początku) karmienia piersią, zwłaszcza kiedy dziecko jest znacznie od tej piersi mniejsze...
Po drugie: zaczynałam karmić kiedy Mały Książę był jeszcze w szpitalu. Na początku wychodziło mi to tak sobie, nie bardzo rozumiałam jak mam trzymać brodawkę, jak nie, jak mu wkładać do buzi, skoro ta buzia taka maleńka.. Bałam się, że go uduszę ;). Już nie wspominając o tym, że jeśli próbowałam go kłaść w pozycji "jego brzuch dotyka mojego" to cóż - Mały Książę znajdował się wówczas POD biustem.
Pielęgniarki mi radziły, żebym w ogóle nie trzymała brodawki, bo zrobią mi się ranki (?!). Dopiero z czasem doszłam do tego, że w naszym przypadku najlepiej jest, żebym trzymała samą brodawkę, tak, by była jak najmniejsza, by umożliwić małemu dobre przyssanie się, a drugą dłonią muszę przytrzymywać biust dookoła noska Małego Księcia, żeby się nie udusił. (Teraz jest większy, więc jest lepiej ;), dodatkowo dzięki Justynie z bloga Wcześniak i co dalej - zaczęłam zwracać uwagę na poprawne wywijanie warg, więc w ogóle jest super ;) ).
Ale! Miało być o poduszkach. Pierwsze próby odbywały się w szpitalu w Nicei i tam dostałam poduszkę w kształcie rogalika. Dosłownie - gruba na środku, obydwa końce cienkie. Dzięki temu, że końce były cienkie, mogłam je włożyć po obu stronach pomiędzy siebie a fotel. ALE - było mi bardzo niewygodnie, bo po pierwsze było za miękko (a Mały Książę za lekki), a po drugie za "puszyście" i przez te dwie rzeczy moje maleństwo się zsuwało pomiędzy mnie a rogala, który się co chwila ode mnie odsuwał.
Po tygodniu Mały Książę został przeniesiony do szpitala w Cannes i tam miałam już inny fotel do karmienia i dostałam inną poduszkę. Ta miała kształt literki C. Ale niestety - pomimo tego, iż była trochę lepsza od rogala, również się nie sprawdziła, w sumie z tego samego powodu - nie miała punktu zaczepienia, więc zsuwała się, a Mały Książę wpadał pomiędzy mnie a poduszkę.
Doszłam do wniosku, iż potrzebuję poduszki, która nie będzie się ruszała ;). Przez chwilę zastanawiałam się nad tym, by wykorzystać swoją poduszkę ciążową (Snoogle, ale o tym kiedy indziej) albo kupić do domu poduszkę w kształcie C i doszyć do niej pasek, żeby zapiąć dookoła siebie, ale potem stwierdziłam, że coś takiego już przecież ktoś gdzieś musiał wymyślić, wrzuciłam w google... i już dwa dni później zostałam szczęśliwą posiadaczką poduszki o wdzięcznej nazwie My Breast Friend. :))) (Kupiłam ją w sklepie Boobs'n'Burps bo akurat tam była ta promocja na różową ;), ale na Amazonie też można ją dostać.)
Moja poduszka wygląda tak (jest różowa, bo akurat różowa była w promocji, a nie zależało mi za specjalnie na jakimkolwiek kolorze/wzorze, chciałam po prostu wreszcie wygodniej i bez stresu karmić!):
Jest super. Poduszka cała zrobiona jest z dość twardej, ale wygodnej gąbki. Zapina się ją dookoła talii, z tyłu ma bardzo wygodną ściankę, która podtrzymuje plecy, a z przodu ma dwie wypustki, a la poduszeczki, z obydwu stron, w idealnym miejscu by dziecko mogło położyć głowę i pić równocześnie. Jest jeszcze kieszonka na drobiazgi - w szpitalu chowałam sobie w niej odkażoną butelkę z wodą (podczas długich godzin kangurowania dobrze było mieć ze sobą wodę), a w domu piloty do telewizora i telefon z aplikacją do obsługi Netflixa ;), w sam raz na długie sesje karmienia/kangurowania (ach, ale było przyjemnie...)
Różnicę w karmieniu zrobiło nam to ogromną. Nagle wszystko zaczęło wychodzić prawie tak jak trzeba :D, a nawet jeśli nie było idealnie - to już moje maleństwo zaczynało pić po około 30ml podczas karmienia. Jestem przekonana, że znacząco pomógł nam w tym większy komfort karmienia, bo i ja i on - mniej się podczas prób denerwowaliśmy :).
Żeby nie pokazywać nagiego biustu - tutaj zdjęcie tuż po (efektywnym) karmieniu, ale jeszcze przed kangurowaniem:
Poduszki używaliśmy w sumie aż do niedawna, dopiero w grudniu przestał się na niej mieścić, a od kiedy jesteśmy w Polsce to najwygodniej nam karmić się na leżąco bądź na kolanach (tzn Mały Książę je siedząc na moich kolanach) :).
Ta poduszka, My Breast Friend, była jednym z moich najbardziej przydatnych oraz ulubionych zakupów dla mnie i dla dziecka :). Polecam ją absolutnie każdemu, a zwłaszcza mamom z większym biustem :).
Po drugie: zaczynałam karmić kiedy Mały Książę był jeszcze w szpitalu. Na początku wychodziło mi to tak sobie, nie bardzo rozumiałam jak mam trzymać brodawkę, jak nie, jak mu wkładać do buzi, skoro ta buzia taka maleńka.. Bałam się, że go uduszę ;). Już nie wspominając o tym, że jeśli próbowałam go kłaść w pozycji "jego brzuch dotyka mojego" to cóż - Mały Książę znajdował się wówczas POD biustem.
Pielęgniarki mi radziły, żebym w ogóle nie trzymała brodawki, bo zrobią mi się ranki (?!). Dopiero z czasem doszłam do tego, że w naszym przypadku najlepiej jest, żebym trzymała samą brodawkę, tak, by była jak najmniejsza, by umożliwić małemu dobre przyssanie się, a drugą dłonią muszę przytrzymywać biust dookoła noska Małego Księcia, żeby się nie udusił. (Teraz jest większy, więc jest lepiej ;), dodatkowo dzięki Justynie z bloga Wcześniak i co dalej - zaczęłam zwracać uwagę na poprawne wywijanie warg, więc w ogóle jest super ;) ).
Ale! Miało być o poduszkach. Pierwsze próby odbywały się w szpitalu w Nicei i tam dostałam poduszkę w kształcie rogalika. Dosłownie - gruba na środku, obydwa końce cienkie. Dzięki temu, że końce były cienkie, mogłam je włożyć po obu stronach pomiędzy siebie a fotel. ALE - było mi bardzo niewygodnie, bo po pierwsze było za miękko (a Mały Książę za lekki), a po drugie za "puszyście" i przez te dwie rzeczy moje maleństwo się zsuwało pomiędzy mnie a rogala, który się co chwila ode mnie odsuwał.
Po tygodniu Mały Książę został przeniesiony do szpitala w Cannes i tam miałam już inny fotel do karmienia i dostałam inną poduszkę. Ta miała kształt literki C. Ale niestety - pomimo tego, iż była trochę lepsza od rogala, również się nie sprawdziła, w sumie z tego samego powodu - nie miała punktu zaczepienia, więc zsuwała się, a Mały Książę wpadał pomiędzy mnie a poduszkę.
Doszłam do wniosku, iż potrzebuję poduszki, która nie będzie się ruszała ;). Przez chwilę zastanawiałam się nad tym, by wykorzystać swoją poduszkę ciążową (Snoogle, ale o tym kiedy indziej) albo kupić do domu poduszkę w kształcie C i doszyć do niej pasek, żeby zapiąć dookoła siebie, ale potem stwierdziłam, że coś takiego już przecież ktoś gdzieś musiał wymyślić, wrzuciłam w google... i już dwa dni później zostałam szczęśliwą posiadaczką poduszki o wdzięcznej nazwie My Breast Friend. :))) (Kupiłam ją w sklepie Boobs'n'Burps bo akurat tam była ta promocja na różową ;), ale na Amazonie też można ją dostać.)
Moja poduszka wygląda tak (jest różowa, bo akurat różowa była w promocji, a nie zależało mi za specjalnie na jakimkolwiek kolorze/wzorze, chciałam po prostu wreszcie wygodniej i bez stresu karmić!):
Jest super. Poduszka cała zrobiona jest z dość twardej, ale wygodnej gąbki. Zapina się ją dookoła talii, z tyłu ma bardzo wygodną ściankę, która podtrzymuje plecy, a z przodu ma dwie wypustki, a la poduszeczki, z obydwu stron, w idealnym miejscu by dziecko mogło położyć głowę i pić równocześnie. Jest jeszcze kieszonka na drobiazgi - w szpitalu chowałam sobie w niej odkażoną butelkę z wodą (podczas długich godzin kangurowania dobrze było mieć ze sobą wodę), a w domu piloty do telewizora i telefon z aplikacją do obsługi Netflixa ;), w sam raz na długie sesje karmienia/kangurowania (ach, ale było przyjemnie...)
Różnicę w karmieniu zrobiło nam to ogromną. Nagle wszystko zaczęło wychodzić prawie tak jak trzeba :D, a nawet jeśli nie było idealnie - to już moje maleństwo zaczynało pić po około 30ml podczas karmienia. Jestem przekonana, że znacząco pomógł nam w tym większy komfort karmienia, bo i ja i on - mniej się podczas prób denerwowaliśmy :).
Żeby nie pokazywać nagiego biustu - tutaj zdjęcie tuż po (efektywnym) karmieniu, ale jeszcze przed kangurowaniem:
Poduszki używaliśmy w sumie aż do niedawna, dopiero w grudniu przestał się na niej mieścić, a od kiedy jesteśmy w Polsce to najwygodniej nam karmić się na leżąco bądź na kolanach (tzn Mały Książę je siedząc na moich kolanach) :).
Ta poduszka, My Breast Friend, była jednym z moich najbardziej przydatnych oraz ulubionych zakupów dla mnie i dla dziecka :). Polecam ją absolutnie każdemu, a zwłaszcza mamom z większym biustem :).
Słodka chwila
Siedziałam na podłodze z Małym Księciem, bawiliśmy się - czyli dzień jak co dzień. I nagle Mały Książę wstał, stanął tuż przede mną, położył mi obie rączki na policzkach i powiedział słodko "Mama".
To było tak urocze, że aż się wzruszyłam :))))
(To nie jest pierwszy raz kiedy powiedział "Mama", ale pierwszy raz w tak słodkiej sytuacji :) )
To było tak urocze, że aż się wzruszyłam :))))
(To nie jest pierwszy raz kiedy powiedział "Mama", ale pierwszy raz w tak słodkiej sytuacji :) )
Thursday, March 17, 2016
Trzynaście miesięcy Małego Księcia - część druga :)
Część druga :). Tutaj: klik była część pierwsza :)
Wspomniałam o szkole. Do szkoły łącznie chodzimy trzy razy w tygodniu, dwa razy na grupę angielską i raz na grupę francuską. W sumie zapisałam go do grup nie tylko po to by miał również inny kontakt z językami niż tylko te w naszym wykonaniu, ale również po to, żeby miał kontakt z dziećmi :). I tutaj niespodzianka - w grupie angielskiej jest chyba około ośmiorga dzieci, może więcej - ale tylko jedno z nich, najmłodsze, zwraca tak uwagę na inne dzieci jak nasz Mały Książę. Często więc spędzają czas razem, dotykając się nawzajem i uśmiechając się do siebie. To urocze. Mały Książę próbował się uśmiechać do innych dzieci też, ale nie udało mu się uzyskać pozytywnego efektu.
Najstarsza chyba jest dziewczynka, N., myślę, że z całej grupy jest najbliższa 24 miesiącom. Mały Książę i jego kolega są najmłodsi i jedyni jeszcze niechodzący samodzielnie. Jest jeden chłopiec, który mojego synka chyba nie lubi, patrzy na niego zawsze wilkiem i jak ma okazję to go popchnie albo mu coś z ręki zabierze. Pozostałe dzieci kompletnie ignorują się nawzajem!
Zabawy w grupach są fajne - aczkolwiek nie wszystkie przypadają naszemu maleństwu do gustu. W ogóle nie zainteresowało go wielkie pudło wypełnione kolorowym makaronem, ale bardzo podobało mu się jak pan od angielskiego zrobił ścieżkę z mat sensorycznych i pierwszy przeszedł przez całą ścieżkę. Tunel spodobał mu się do tego stopnia, że kupiliśmy jeden do domu :). Piórka i kuchenne utensylia go nie za specjalnie zainteresowały, ale tablica sensoryczna rodem z Leroy Merlin go zafascynowała maksymalnie. Tak się ucieszył na jej widok, że aż miałam wrażenie, że jakiś blask od niego bije ;). Przyciski, suwaczki, kluczyki, rzepy, ach, zapalająca się lampka, dzwonek do drzwi, timer do jajek... bajka ;). W ogóle nie chciał od tego odejść.
W domu co rano bawimy się piaskiem kinetycznym - Mały Książę potrafi spędzić dobre kilkanaście minut, czasami nawet bliżej pół godziny, przesypując piasek między palcami, łapiąc go, przesuwać palcem tworząc różne wzory i patrzeć jak piasek osypuje się tuż za nim... Mamy oboje frajdę, bo ja też lubię się tym bawić :).
Zrobiliśmy sobie też ciastolinę ze skrobi kukurydzianej i odżywki do włosów (pomysł z jakiegoś zagranicznego bloga) - Mały Książę śmiał się w głos bawiąc się nią.
Z dalszych zmian: zaczął bawić się samochodzikami, które dostał na urodziny (Duplo). Chwyta samochodzik i jeździ nim sobie po skrzyni z zabawkami robiąc przy tym "vrroooom vroooom vrooooom". Ma też żółwia do ciągnięcia za sobą - na kółkach, ale żółw ma też ruszające się kółko w brzuszku i jak się przewrócił to Mały Książę dalej go vroooom vroooomował, ale już na brzuszku. Więc jeszcze nie do końca się orientuje jak to ma wyglądać, ale jak ma kółka to najwyraźniej robi vroom ;).
Zaczął też nogami dosięgać do ziemi z motoru, który dostał pod choinkę - i ba, nawet wreszcie zrozumiał jak się na nim poruszać - ale na razie robi to tylko do tyłu ;))).
Coraz częściej staje bez trzymanki. Zaczął tańczyć! Staje sobie przy muzycznych zabawkach, włącza rożne melodyjki i sobie do nich tańczy. Tańczy nawet na siedząco. Ale, a propos siadania, bardzo często siada układając nogi w literkę W, więc chodzę za nim i poprawiam ;).
Pewne rzeczy zmieniły się też na minus - zupełnie nie wiem dlaczego, ale zaczął się bać zabawek, które poruszają się "same". Aktualnie boi się nawet odkurzacza naszego (który porusza się sam) - a przecież zawsze go uwielbiał i było dla niego wielką frajdą obserwowanie go! Ba, nawet swojego żółwia, który pływa w wannie i śpiewa - zaczął się bać i robi podkówkę na jego widok. Nie wiem dlaczego - wszystko zaczęło się kiedy dostał na urodziny pieska, który sam chodzi.
Właśnie, urodziny. Urodziny i oficjalne poznanie rodziny również odbyły się w trzynastym miesiącu - Mały Książę pierwszy raz w życiu widział jednocześnie tyle ludzi na raz (w sensie ludzi nim zainteresowanych, bo oczywiście wcześniej widział przecież chociażby lotniska i samoloty, więc dużą ilość ludzi w jednym miejscu) i... i przeszedł nad tym do porządku dziennego. Do prawie wszystkich lgnął, uśmiechał się, cieszył się, bawił się z nimi. Szczerze mówiąc aż w pewnym momencie zrobiłam się zazdrosna ;), ale na szczęście na każde moje pojawienie się w zasięgu jego wzroku reagował wielkim uśmiechem, więc trochę mnie to uspokoiło. Podczas tych urodzin dorwał się pierwszy raz do schodów i pokazał, że umie się wspinać!
Wspinaczkę teraz trenuje również w domu, wspinając się na kanapę, na pudełka, na swoje zabawki - i generalnie na co się da ;).
Jego ulubioną aktualnie zabawą, oprócz zabawek grających - jest rysowanie, więc kupiliśmy mu również komplet kredek do wody - i teraz super bawimy się nawet podczas kąpieli, rysując po wannie, po kafelkach i generalnie po wszystkim po czy się da i po czym się nie da. (wink wink ;) )
Chyba już nie będę pisała osobno o czternastym miesiącu, bo mam wrażenie, że przez nawał rzeczy trochę mi się zlały w jedno te dwa miesiące :).
Ach, zapomniałabym: byliśmy pierwszy raz w życiu na huśtawkach, a także na takim czymś co się buja w górę i w dół, zapomniałam jak to się nazywa (blush). Była też zjeżdżalnia, ale na zjeżdżalni bawiliśmy się też we Francji, więc to już nie był pierwszy raz. :)
Ok, to chyba już wszystko, więc na koniec kilka zdjęć :). Ach, co mi przypomina, że Mały Książę też pierwszy raz w życiu zobaczył i doświadczył śniegu! :))) A tort na zdjęciach jest wspólny z Tatusiem, to nie 310 ;), tylko 1 i 30 ;)))).
Wspomniałam o szkole. Do szkoły łącznie chodzimy trzy razy w tygodniu, dwa razy na grupę angielską i raz na grupę francuską. W sumie zapisałam go do grup nie tylko po to by miał również inny kontakt z językami niż tylko te w naszym wykonaniu, ale również po to, żeby miał kontakt z dziećmi :). I tutaj niespodzianka - w grupie angielskiej jest chyba około ośmiorga dzieci, może więcej - ale tylko jedno z nich, najmłodsze, zwraca tak uwagę na inne dzieci jak nasz Mały Książę. Często więc spędzają czas razem, dotykając się nawzajem i uśmiechając się do siebie. To urocze. Mały Książę próbował się uśmiechać do innych dzieci też, ale nie udało mu się uzyskać pozytywnego efektu.
Najstarsza chyba jest dziewczynka, N., myślę, że z całej grupy jest najbliższa 24 miesiącom. Mały Książę i jego kolega są najmłodsi i jedyni jeszcze niechodzący samodzielnie. Jest jeden chłopiec, który mojego synka chyba nie lubi, patrzy na niego zawsze wilkiem i jak ma okazję to go popchnie albo mu coś z ręki zabierze. Pozostałe dzieci kompletnie ignorują się nawzajem!
Zabawy w grupach są fajne - aczkolwiek nie wszystkie przypadają naszemu maleństwu do gustu. W ogóle nie zainteresowało go wielkie pudło wypełnione kolorowym makaronem, ale bardzo podobało mu się jak pan od angielskiego zrobił ścieżkę z mat sensorycznych i pierwszy przeszedł przez całą ścieżkę. Tunel spodobał mu się do tego stopnia, że kupiliśmy jeden do domu :). Piórka i kuchenne utensylia go nie za specjalnie zainteresowały, ale tablica sensoryczna rodem z Leroy Merlin go zafascynowała maksymalnie. Tak się ucieszył na jej widok, że aż miałam wrażenie, że jakiś blask od niego bije ;). Przyciski, suwaczki, kluczyki, rzepy, ach, zapalająca się lampka, dzwonek do drzwi, timer do jajek... bajka ;). W ogóle nie chciał od tego odejść.
W domu co rano bawimy się piaskiem kinetycznym - Mały Książę potrafi spędzić dobre kilkanaście minut, czasami nawet bliżej pół godziny, przesypując piasek między palcami, łapiąc go, przesuwać palcem tworząc różne wzory i patrzeć jak piasek osypuje się tuż za nim... Mamy oboje frajdę, bo ja też lubię się tym bawić :).
Zrobiliśmy sobie też ciastolinę ze skrobi kukurydzianej i odżywki do włosów (pomysł z jakiegoś zagranicznego bloga) - Mały Książę śmiał się w głos bawiąc się nią.
Z dalszych zmian: zaczął bawić się samochodzikami, które dostał na urodziny (Duplo). Chwyta samochodzik i jeździ nim sobie po skrzyni z zabawkami robiąc przy tym "vrroooom vroooom vrooooom". Ma też żółwia do ciągnięcia za sobą - na kółkach, ale żółw ma też ruszające się kółko w brzuszku i jak się przewrócił to Mały Książę dalej go vroooom vroooomował, ale już na brzuszku. Więc jeszcze nie do końca się orientuje jak to ma wyglądać, ale jak ma kółka to najwyraźniej robi vroom ;).
Zaczął też nogami dosięgać do ziemi z motoru, który dostał pod choinkę - i ba, nawet wreszcie zrozumiał jak się na nim poruszać - ale na razie robi to tylko do tyłu ;))).
Coraz częściej staje bez trzymanki. Zaczął tańczyć! Staje sobie przy muzycznych zabawkach, włącza rożne melodyjki i sobie do nich tańczy. Tańczy nawet na siedząco. Ale, a propos siadania, bardzo często siada układając nogi w literkę W, więc chodzę za nim i poprawiam ;).
Pewne rzeczy zmieniły się też na minus - zupełnie nie wiem dlaczego, ale zaczął się bać zabawek, które poruszają się "same". Aktualnie boi się nawet odkurzacza naszego (który porusza się sam) - a przecież zawsze go uwielbiał i było dla niego wielką frajdą obserwowanie go! Ba, nawet swojego żółwia, który pływa w wannie i śpiewa - zaczął się bać i robi podkówkę na jego widok. Nie wiem dlaczego - wszystko zaczęło się kiedy dostał na urodziny pieska, który sam chodzi.
Właśnie, urodziny. Urodziny i oficjalne poznanie rodziny również odbyły się w trzynastym miesiącu - Mały Książę pierwszy raz w życiu widział jednocześnie tyle ludzi na raz (w sensie ludzi nim zainteresowanych, bo oczywiście wcześniej widział przecież chociażby lotniska i samoloty, więc dużą ilość ludzi w jednym miejscu) i... i przeszedł nad tym do porządku dziennego. Do prawie wszystkich lgnął, uśmiechał się, cieszył się, bawił się z nimi. Szczerze mówiąc aż w pewnym momencie zrobiłam się zazdrosna ;), ale na szczęście na każde moje pojawienie się w zasięgu jego wzroku reagował wielkim uśmiechem, więc trochę mnie to uspokoiło. Podczas tych urodzin dorwał się pierwszy raz do schodów i pokazał, że umie się wspinać!
Wspinaczkę teraz trenuje również w domu, wspinając się na kanapę, na pudełka, na swoje zabawki - i generalnie na co się da ;).
Jego ulubioną aktualnie zabawą, oprócz zabawek grających - jest rysowanie, więc kupiliśmy mu również komplet kredek do wody - i teraz super bawimy się nawet podczas kąpieli, rysując po wannie, po kafelkach i generalnie po wszystkim po czy się da i po czym się nie da. (wink wink ;) )
Chyba już nie będę pisała osobno o czternastym miesiącu, bo mam wrażenie, że przez nawał rzeczy trochę mi się zlały w jedno te dwa miesiące :).
Ach, zapomniałabym: byliśmy pierwszy raz w życiu na huśtawkach, a także na takim czymś co się buja w górę i w dół, zapomniałam jak to się nazywa (blush). Była też zjeżdżalnia, ale na zjeżdżalni bawiliśmy się też we Francji, więc to już nie był pierwszy raz. :)
Ok, to chyba już wszystko, więc na koniec kilka zdjęć :). Ach, co mi przypomina, że Mały Książę też pierwszy raz w życiu zobaczył i doświadczył śniegu! :))) A tort na zdjęciach jest wspólny z Tatusiem, to nie 310 ;), tylko 1 i 30 ;)))).
Subscribe to:
Posts (Atom)























