Saturday, July 9, 2016

Siedemnaście miesięcy Małego Księcia

Dawno temu, czyli jakieś dwa tygodnie temu ;), miałam i pomysł na tę notkę i wiedziałam co chcę napisać. Ale czas mija tak szybko, że już nic nie wiem, nie pamiętam i przy jej pisaniu będę się posiłkować tym co dzieci teoretycznie powinny potrafić w 17 miesiącu (porównam do tego co mój Mały Książę umie), a także zdjęciami z każdego dnia, żebym wiedziała co się wydarzyło w tym siedemnastym miesiącu :))).

2016-06-22, środa

Wiek urodzeniowy: 17 miesięcy!
Wiek korygowany: 15 miesięcy

Waga: 11kg
Wzrost: 78cm

Ubranka: 86cm :)

Tak jak wspomniałam na początku, wcześniej wiedziałam co napisać, a teraz jestem już zakręcona jak radziecki termos i nie wiem ;).

Przede wszystkim Mały Książę chodzi już bardzo dobrze i bez wspomagania. Ba, on biega :). Też bardzo dobrze. Czasem zdarza mu się przewrócić, ale generalnie rzecz ujmując - jest świetnie.

Pozwolę sobie skopiować z babyonline.pl :

Twoje dziecko staje się coraz silniejsze i bardziej ruchliwe. Z łatwością popycha przed sobą swój wózek albo zabawkę do pchania. Samodzielnie wspina się na niskie schody i stara się znaleźć metodę schodzenia z nich. Potrafi wdrapać się na niski tapczan, a po kilku próbach - również z niego zejść. Gdy z małej rączki wypadnie zabawka, umie przyklęknąć, wziąć ją z dywanu i wstać bez podpierania się.

W sumie wszystkie te rzeczy Mały Książę umie już od jakiegoś czasu, bez problemu wdrapuje się na sofę czy łóżko - i od dawna (kilku miesięcy) wie jak z nich schodzić. Z łatwością popycha przed sobą zabawkę od dawien dawna, jeszcze we Francji to robił, jak dostał pchacz :). Ostatnio z zachwytem chodzi z zabawką na drewnianym patyczku, którą prowadzi przed sobą niczym zwierzątko :). Na schody pierwszy raz wszedł 27 lutego, a od kiedy mieszkamy w Warszawie - to codziennie wspina się po schodach po powrocie ze spaceru. I robi to jak "dorosły", czyli jedna noga na jeden stopień. Komicznie to wygląda, bo jest malutki, więc musi zrobić ogroooooomny krok, żeby mu się to udało.

17 miesięczne dziecko zaczyna uczyć się kolejnych sztuczek związanych z przedstawianiem charakterystycznych cech zwierząt lub przedmiotów: w tym wieku może już pokazać jak robi rybka, jak chodzi pies. Umie zrobić koci grzbiet i pokazać jak jeździ samochód.
Samochody to istna obsesja Małego Księcia. Uwielbia je pasjami. Kocha. Swoją drogą to niesamowite, bo od samego początku starałam się nie narzucić mu niczego, żadnego konkretnego sposobu zabawy czy też wyboru zabawek - zawsze miał wszystko, lalki, misie, pluszowe warzywa i owoce, klocki, zabawkowy telefon, czy też zabawkowego laptopa, piłki... Starałam się nie ograniczać go zabawkami, które są stereotypowo dla chłopców czy dziewczynek. A jednak, mimo wszystko, Mały Książę wybrał samochody na swoje ukochane zabawki. Zaczęło się jeszcze w maju, pisałam o tym przy okazji poprzedniego miesiąca :).

Wciąż uwielbia sprzątać, ba, potrafi po jedzeniu sam umyć swój stolik, czy też dzielnie pomaga Tatusiowi w myciu podłogi. Ale, ale, a propos stolika do jedzenia - ostatnio awansował i już nie je na swoim krzesełku ze stolikiem, siedzi z nami przy stole :). Talerzyki EZPZ (easy peasy) są nieziemskie i z całą pewnością opiszę je w hitach drugiego roku ;) (jak skończę z hitami pierwszego...)

Rozwój dużej motoryki idzie w parze w doskonaleniem umiejętności związanych z rączkami. 17 miesięczne dziecko próbuje włożyć klocki o różnych kształtach do odpowiednich otworków w pudełku i – co do tej pory było niemożliwe - klocki mieszczą się w nich z łatwością. Maluch potrafi też rozwinąć z papieru prezent.

Klocki zaczyna wkładać, ale wciąż nie jest to jeszcze ani perfekcja, ani ulubiona zabawa. Włoży jak go poproszę, ale widzę, że go to nudzi. Zdecydowanie bardziej lubił tego typu zabawy jak był młodszy - chociaż wtedy dopasowywanie kształtów mu wychodziło też tak sobie, ale chyba samo próbowanie sprawiało mu więcej radości. A odpakowywanie prezentów z papieru? To umiał już w 11 miesiącu, grudzień świetnie go wyćwiczył w tym kierunku hihi.

Dzięki precyzyjnemu działaniu rączek krajobraz wokół stoliczka i krzesełka, przy którym je 17 miesięczne dziecko przestaje przypominać pobojowisko (co jednak nie oznacza, że malec będzie jadał jak brytyjska królowa), a samodzielne jedzenie staje się prawdziwym przyjmowaniem pokarmu, a nie ćwiczeniem w rzucaniu na odległość. Dobrze posługuje się łyżką, potrafi też samodzielnie pić z kubeczka.
Dalej dużo rzeczy spada, ale coraz mniej zrzuca specjalnie. Teraz już się nauczył, że jeśli skończył jeść to mówi: "all done" (czasami mówi, czasami nie, przy mojej Mamie nie chce tego mówić) i podaje łyżeczkę, talerzyk i resztki jedzenia - mi albo Francuzowi. Traci jednak cierpliwość jeśli nie weźmiemy czegoś wystarczająco szybko i zdarza się, że coś po prostu wypuszcza z ręki na podłogę ;). Picie z kubeczka i z butelki z wodą ma prawie perfekcyjnie opanowane :). Po napiciu się, jeśli było dobre, robi "aaaaaaach" i oddaje kubeczek/butelkę. W domu ma cały czas dostęp do swojej buteleczki z wodą, z rurką. Ładnie je łyżeczką i widelcem, chociaż zdarza mu się też wspomagać rękoma podczas jedzenia.

Jego ulubionym posiłkiem jest makaron penne w sosie serowym (domowej roboty oczywiście) i gotowane parówki sojowe. Bardzo lubi też cheese strings oraz farfalle w sosie pomidorowym, z ziarnami słonecznika i serkiem. To nasze ulubione posiłki. Ale równie chętnie zje kotlecika sojowego czy też brokuły (bardzo lubi).
 
Maluch ma coraz lepszą świadomość siebie jako odrębnej, samodzielnej istoty. Dobrze zna własne imię. Zawołany  odwraca głowę i podchodzi do wołającego. Zaczyna także świadomie pozować do zdjęć, a oglądanie własnych fotografii stanie się teraz jego największą pasją.


Samodzielność i niezależność, jaką odczuwa dziecko, może nieść ze sobą lęk przed nieznanymi sytuacjami i ludźmi – dziecko może praktykować nawyki samouspokajające: ssanie kciuka lub smoczka, huśtanie się w łóżeczku, przytulanie się do ulubionej zabawki lub kocyka.
Na swoje imię Mały Książę reaguje już od daaaawna. Do zdjęć pozował jeszcze zanim skończył rok, wtedy reagował na "smile!", a teraz zazwyczaj robi do aparatu różne minki :). Na razie nie ma ulubionej zabawki ani kocyka, czasami mam wrażenie, że po prostu mnie traktuje jak swoją ulubioną zabawkę. Uwielbia się przytulać do mojego biustu jak zasypia, ssie, równocześnie obejmując pierś obiema łapkami. Jak już prawie prawie prawie zaśnie to wtedy przewraca się na drugi bok i przytula do Tatusia, często trzymając ręce na jego głowie lub plecach :). Nie ssie kciuka, nigdy chyba tego nie robił, smoczka nie zna, a łóżeczka swojego nie ma, bo dalej śpi z nami ;).

Za to ma swoje biurko i swoje krzesełko i uwielbia sobie przy nim siedzieć i rysować albo oglądać książeczki! W ogóle kocha książeczki, bardzo często sam je ogląda oraz przynosi, żeby inni mu czytali bądź pokazywali obrazki. :)

Rady dla rodziców:

  • Podkreślaj jak ważna jest rodzina. Oglądajcie razem rodzinne albumy ze zdjęciami. Opowiadaj maluszkowi o rodzinie, zarówno najbliższej: tacie, babci, rodzeństwie, jak i tej dalszej: ciociach, kuzynach. Pokaż dziecku album ze zdjęciami.
  • Staraj się wygospodarować przynajmniej godzinę dziennie – najlepiej wieczorem -  na spokojną zabawę lub opowiadanie historyjek. Niech takie rodzinne godziny staną się waszym nowym rytuałem.

Albumy ze zdjęciami oglądamy razem od kiedy skończył trzy miesiące :), to jedna z naszych spokojnych zabaw. Godzina na historyjki to dla Małego Księcia za dużo, nie potrafi tyle czasu skupić uwagi na jednej czynności, zwłaszcza tak pasywnej. Za to codziennie wieczorem robimy sobie "debriefing", jak to nazywa Francuz - czyli opowiadamy sobie o tym jak nam minął dzień. Opowiadamy sobie o tym co się wydarzyło, gdzie byliśmy, przypominamy sobie w co się bawiliśmy i co jedliśmy. :)

17 miesięczne dziecko nadal nie potrafi skupić się na jednej czynności dłużej niż minutę. Wbrew pozorom to bardzo dużo, sprawdźcie z zegarkiem w ręku!
Rozwija się także mowa malucha. 17 miesięczne dziecko używa kilkunastu słów dźwiękonaśladowczych na przykład „tik-tak”, „pi-pi”. Mówi ze zrozumieniem kilka słów dwusylabowych.

Well, Mały Książę potrafi się skupić na jednej czynności znacznie dłużej niż minutę. Jedna nasza "sesja" zabaw w piasku kinetycznym (dokupiłam kolejne pięć kilo, także w tej chwili już pudełko ma prawie przykryte dno, fajnie jest) to przynajmniej pół godziny. Rysowanie to przynajmniej 10 minut. Książeczki - zależy od ilości jaką przyniesie ;), ale myślę, że spokojnie zajmuje się nimi przez przynajmniej 10-15 minut. Kiedy bawimy się play-doh też zajmuje nam to około 10-15 minut. Więc chyba babyonline.pl przesadziło z tą jedną minutą ;). Co do mowy!

Ach. Pięknie z tą mową - nie mówi co prawda sam z siebie dużej ilości słów, części też jeszcze nie rozumiemy, ale za to powtarza fantastycznie. Ostatnio pokazał na lampę i powiedział "światełko". Na francuskim zaskoczył panią i powiedział "l'eau", kiedy bawiliśmy się wodą. W domu dodał jeszcze poisson naige :) (rybka pływa). Często powtarza (tak jak pisałam o tym w zeszłym miesiącu) losowe słowa i wyrażenia. Rozumie fantastycznie - i ja to absolutnie uwielbiam i w sumie trochę zazdroszczę - nie ma dla niego znaczenia czy mówimy do niego po angielsku, po polsku czy po francusku. Rozumie w każdym z tych trzech języków, od razu wykonuje polecenia czy też spełnia nasze prośby. To jest wspaniałe, ta łatwość rozumienia :). Kiedy "mówi" to nie ma dla niego znaczenia w jakim języku mówi. Kiedy coś podaje mówi "tiens" (po francusku), kiedy coś chce dostać mówi "daj" - po polsku. Kiedy coś dostaje to często (ale nie zawsze) mówi "denkju" - co brzmi jak thank you, po angielsku :). Często mu mówimy, że go kochamy - w ciągu dnia nie reaguje, ale kiedy mówię mu "i love you" kiedy zasypia, to on odpowiada mruczeniem o dokładnie tym samym tonie i akcencie co moje zdanie :). Z zabawnych rzeczy - kiedy rozmawiamy z Francuzem (a rozmawiamy bardzo dużo i często, praktycznie prawie cały czas) przy Małym Księciu i przez trochę on nie jest w centrum uwagi - to zaraz się na to złości, zaczyna biegać dookoła nas, albo machać na nas rękoma i krzyczeć "yap yap yap yap yap yap!!!!"... hihihi :D
Wraz z rozwojem mowy rozwija się też świadomość własnego ciała i potrzeb. Dziecko zaczyna sygnalizować swoje potrzeby fizjologiczne, choć, niestety, najczęściej robi to po fakcie.
W  17 miesiącu życia dziecko  doskonali swoją zdolność obserwacji. Zwraca uwagę np. na auto przejeżdżające obok, z czym może wiązać się strach przed pojazdami.
Faktycznie, często po fakcie puka się w pieluchę ;). Co do obserwacji - to Mały Książę od zawsze zbierał pochwały za obserwowanie i analizę. Często się przygląda różnym rzeczom czy też wykonywanym czynnościom i widać niemalże jak trybiki mu się kręcą i próbuje rozłożyć to co widzi na czynniki pierwsze "a jak to działa?". Na placu zabaw chwilę się pobuja czy też kilka razy zjedzie ze zjeżdżalni, ale chwilę potem to już mu się nudzi, a największą atrakcją jest sprawdzanie jak dana atrakcja działa. Gdzie są śrubki. Czemu to się buja. A co się stanie jak nacisnę to czy tamto. Na playgrupach analizuje zachowanie Jacoba czy pani Agnieszki i powtarza. Zwłaszcza jeśli chodzi o zabawy w wodzie czy w piasku. Na przejeżdżające obok auto zwraca uwagę, pokazuje palcem i woła "vroooom vroooooom". Na przelatujący samolot mówi "wwwwwww" i wskazuje go na niebie, a jeśli go nie widzi, tylko słyszy, to biegnie do swojej maty i wskazuje na niej samolot. A propos pokazywania to mnie osobiście zachwyciło to, że rozumie doskonale zależności pomiędzy przedmiotami, nawet jeśli wyglądają inaczej - na przykład. Moja Mama ma na ręku mały zegarek ze wskazówkami, który robi cyk cyk cyk cyk. Mały Książę mówi o nim per "cyk cyk". Ale też wskazuje na zegarek cyfrowy mój czy Tatusia (Pebble) i też mówi cyk cyk. A ostatnio pokazał mi też wielki zegar na ścianie, zupełnie inny niż te, które zna i też powiedział, cyk cyk.

Uwielbia zabawy z chowaniem się, zarówno kiedy to on się chowa jak i te, w których chowa się ktoś inny, a on musi tego kogoś znaleźć. Pamięta co i gdzie jest, w której książeczce - na przykład, podczas kąpieli (ma książeczki do kąpieli też) proszę go "Loki, please find me a lion" - a Mały Książę bierze odpowiednią książeczkę i przewraca kartki aż znajdzie lwa i pokazuje mi :). Uwielbia łaskotki i zapasy z Tatusiem. Daje całusy i pięknie się przytula. Jest słodki - kiedy na przykład jesteśmy we trójkę i Francuz prosi Małego Księcia "Loki, please give me buzi" (wiem, mieszamy języki, ale to "buzi" jakoś najbardziej nam wszystkim podpasowało), to Mały Książę daje mu buzi, ale za chwilę wyciąga rączki do mnie, żebym się przysunęła - i też daje mi buzi. :)

Ostatnio byliśmy na kontroli u lekarza, po badaniach krwi - anemia już sobie poszła precz, ferrytyna jeszcze poniżej normy ale bardzo ładnie rośnie. Także jeszcze trochę leków i będzie cacy. W sierpniu odstawiamy i po dwóch tygodniach będzie badanie krwi. I zobaczymy co dalej :).

***
Ok. Przyznaję, znowu pisanie rozłożyło mi się na kilka dni i już nawet sama nie wiem co napisałam a czego nie!! Więc trudno, będzie tak jak jest :).

***
Zapomniałabym - zaczęliśmy z Małym Księciem chodzić do kina :). Co tydzień w różnych kinach w Warszawie są seanse Multibabykino. My wybraliśmy kino na Ursynowie, bo mamy najlepszy dojazd, a na parkingu zawsze są miejsca. Jest fajnie! Mamy oglądają sobie filmy, a dzieci się bawią:). Kiedy poszliśmy pierwszy raz - Mały Książę pół filmu przespał. Za drugim razem już chciał się cały czas bawić ;).

***
No dobrze, teraz mi się jeszcze przypomniało, że nie wspomniałam nic a nic o wyglądzie. Najbardziej niezwykłe w Małym Księciu są jego oczy. Pewnie tego akurat nie będzie widać na zdjęciach - ale nie da się określić jego oczu jednym kolorem. Są niezwykłe i każdy kto go widział na żywo chyba to potwierdzi. Oczy Małego Księcia czasem są szare, czasem są bardzo intensywnie zielone, a czasem zupełnie bursztynowe. Bardzo dużo zależy od światła oraz jego nastroju - ale przede wszystkim, jego oczy mają wszystkie te trzy barwniki! Moja Mama, czyli Babcia Małego Księcia - ma oczy bardzo zielone, w brązowe kropki. Ja, czyli Mama Małego Księcia - mam oczy pół na pół - lewe jest całkiem zielone, a prawego jedna połowa jest zielona, a druga ciemnobrązowa. Mały Książę ma kolory ułożone warstwowo, dookoła źrenicy.

Jego włosy są dalej w tonacji ciemnego blondu, aczkolwiek w słońcu są kompletnie złote, czasami złoto-rudawe. W cieniu wydają się ciemniejsze niż były wcześniej, ale wciąż mają złoty połysk.

Zębów jest wciąż osiem, ale pozostałe rosną dzielnie ;). 















Saturday, June 4, 2016

Szesnaście miesięcy Małego Księcia

2016-05-22

Wiek urodzeniowy: 16 miesięcy
Wiek korygowany: 14 miesięcy



Nawet nie wiem od czego zacząć!

Mały Książę ma takie mięśnie, że oboje na niego patrzymy z zazdrością - robienie nożyc przez kilka dobrych minut? Cudowna zabawa! Podnoszenie się do siadania z pozycji leżącej używając tylko mięśni brzucha (aka "brzuszek") - pestka! Wstawanie z podłogi bez podpierania się rękoma - nie ma problemu! Siłę ma taką, że często z Tatusiem wygrywa, kiedy coś sobie wyrywają.

Chodzenie to oczywiście hit tego miesiąca. Wózek to prawie najgorszy wróg, Mały Książę najchętniej wszędzie by chodził. Jest coraz odważniejszy w tym co robi, ba, w domu często nawet biega, zwłaszcza kiedy wie, że może liczyć na pochwały. Myślę, że już niedługo będzie chodził sam bardzo dobrze i wtedy pewnie weźmie się za rozwój mowy :).

Ach, co do mowy! Zaczyna łączyć słowa! "Banana am", "Baba do domu" - występuje razem z machaniem na "papa", podsłuchane u Tatusia "I don't know", które często powtarza ostatnimi dniami, kiedy go o coś pytam. Poza tym powtarza losowe wyrazy ;), na przykład, ostatnio zmieniałam mu pieluszkę i mówiłam mu, że jest taaaaaki brudny. Na co Mały Książę uśmiechnął się i powtórzył "BRUDNY". Innym razem przyszła moja Mama, miała zimne ręce i dotykając mojego synka mówiła "zimne, zimne!", Mały Książę dotknął jej ręki i powtórzył "zimne". Poza tym bardzo dużo mówi po swojemu. Całe historie nam opowiada, zadaje pytania - ale niestety, jeszcze nie do końca go rozumiemy. Za to komunikacja pozasłowna (nie napiszę 'niewerbalna' bo jest również bardzo werbalna ;) ) rozwija się wspaniale! Mały Książę większość sytuacji potrafi opisać za pomocą gestów i dźwięków. Uwaga, będzie przykład.

Przykład: ( :) )
Mały Książę miał katar i którejś nocy tak gęsty, że musieliśmy użyć aspiratorka. Ponieważ moje maleństwo tego nie znosi strasznie - postanowiliśmy użyć tego podłączanego do odkurzacza, żeby było szybciej i żeby mniej go męczyć. Najpierw wpuściliśmy mu mgiełkę z roztworu fizjologicznego do noska, a potem ciach, ciach i aspiratorek był w użyciu. Ale to dla Małego Księcia było tak strasznie nieprzyjemne, że długo musiałam go uspakajać. Następnego dnia rano, jak tylko przyszła do nas moja Mama - mój synek od razu się do niej rzucił i zaczął jej opowiadać co się działo w nocy. Pokazał Disnemar, pokazał, że dostał go do noska, pokazał nawet, że to było psik-psik, przez kurczenie noska i robienie "psi" noskiem. Pokazał, że potem przyszedł Tatuś z odkurzaczem (mamy ręczny odkurzacz, Dyson, trzyma się go w specyficzny sposób i Lokiś w ten sam sposób pokazał trzymanie odkurzacza i do tego dorzucił dźwięk "brruuu brrrruuu"), potem znowu pokazał na nosek i na koniec zrobił smutną minę. Tak wszystko opowiedział, że moja Mama, której przecież przy sytuacji nocnej nie było - wszystko zrozumiała :).

Kiedy Mały Książę czegoś nie rozumie - np. dlaczego coś zniknęło z miejsca, w którym stało wcześniej, albo co się w danym miejscu stało - rozkłada ręce i mówi coś po swojemu. Nie wiem co - ale to jest zawsze to samo, z tą samą intonacją i tymi samymi dźwiękami.

Rozumie większość naszych prób czy też poleceń - podaje nam różne rzeczy, przychodzi (jak mu się chce ;))) ) kiedy go wołamy. Sam też komunikuje świetnie swoje prośby, kiedy chce, żeby coś mu podać, albo coś otworzyć, albo pokazać jak coś zrobić. Kiedy jest głodny to zależnie od tego czy ma ochotę na moje mleko czy też na jedzenie - pokazuje to inaczej. Jest "Mama am" i w skrajnych przypadkach, kiedy bardzo chce mleka to wtedy rzuca się na osobę, która go trzyma, albo na coś co jest w pobliżu i robi buzią "ba ba ba ba" na kimś, tak jak wtedy kiedy był malutki. I potem czeka na efekt ;). Kiedy chce jedzenie to podchodzi do swojego krzesełka do karmienia, puka w nie i powtarza "am am am am". W książeczkach doskonale rozpoznaje różne rzeczy do jedzenia, aczkolwiek na większość z nich mówi po prostu "am".

Aktualnie wszystkie zwierzątka, które mają cztery nogi to koniki i kiedy je pokazuje to robi taki dźwięk jak na konika. (A jak widzi My Little Pony to woła na nie "Tej!" - zupełnie nie wiem dlaczego, ale powtarza to za każdym razem jak widzi reklamy kucyków, figurki, pluszaki, albo nawet jak wskazuje koniki na poduszce.) Uwielbia psy i koty! Uwielbia też ptaki. Mówi "hej" do wszystkich mijanych po drodze gołębi i piesków :). Ostatnio bardzo dużo czasu spędził przed wystawą sklepu zoologicznego przyglądając się z wielką ciekawością wszystkim zwierzątkom w klatkach - więc postanowiliśmy zabrać go do ZOO i to był wielki hit :). Na razie obejrzeliśmy tylko część zwierzątek, małpki, słonie, kilka różnych ptaków, kozy... Ale najbardziej spodobały mu się gęsi, które na niego gęgały i wyciągały do niego dzioby przez ogrodzenie. Śmiał się w głos.

Wracając do jedzenia - tak jak pisałam miesiąc temu, spróbowałam kilka razy słoiczków, ale Mały Książę bardzo zdecydowanie odmówił ich jedzenia. Na szczęście jakoś tak dość płynnie nam się udało i jemy lunch codziennie w ciągu dnia :). Dzięki temu posiłki Małego Księcia nabrały rozpędu - je sam, nie chce już być karmiony. Je też o wiele lepiej - już nie wpycha sobie do buzi za dużych kawałków, tylko ładnie trzyma w ręku coś co je i odgryza małe kawałeczki.

Na śniadanie zawsze daje mu duży wybór: banan, serek, biszkopty bez cukru, parówka sojowa, kanapka, naleśniki, placuszki - różne rzeczy :). Codziennie ma wybór przynajmniej trzech różnych rzeczy i z reguły próbuje wszystkiego. Czasem wychodzą z tego dziwne kombinacje - ostatnio umoczył parówkę zamiast w sosie, który zrobiłam to w serku waniliowym ;), ale cóż. Skoro mu smakuje - niech je! :) Lunche jada ze mną i moją Mamą, kolację jada ze mną i Francuzem. W ciągu dnia zawsze wypija jeszcze przynajmniej jedną kaszkę do picia oraz je owocki w różnej formie. Czasami jeszcze zjada chrupki kukurydziane lub jakąś "słodycz".

Uwielbia tańczyć :). Uwielbia bawić się piłką. Ale największą miłością są samochodziki oraz samochody (te prawdziwe). Nie ma jeszcze jednej ulubionej przytulanki albo zabawki, na razie chyba taką przytulanką i zabawką jestem dla niego ja :).

Wracając do samochodzików i samochodów - ilość czasu jaką potrafi spędzić na zabawie samochodzikami, albo siedząc za kierownicą samochodu - jest niesamowita. Samochodzikami robi wszędzie vrroooooom vrrooooooom i jeździ nimi po całym pokoju. Kupiliśmy mu taki fajny garaż, ze zjeżdżalnią dla samochodów, windą itd - żeby windę podnieść do góry trzeba kręcić taką małą wajchą na górze - bez problemu sobie z tym radzi. Wkłada samochodziki do windy, podciąga na górę... potem robi vroom vrooom na dół :). A i rodzice się fajnie tym garażem mogą pobawić ;). Jednak zajęcie numer 1, hit, hit, hit - to siedzenie za kierownicą prawdziwego samochodu. Udawanie, że się kręci kierownicą, robienie vrooom vroooom, machanie do innych kierowców, jeśli ktoś siedzi w samochodzie obok na parkingu.. Przełączanie stacji radiowych i zmienianie świateł :). Taka zabawa potrafi trwać nawet i godzinę ;).

Do szesnastego miesiąca często "w tle" miałam włączony telewizor, głównie z programami typu Foodnetwork, tudzież Kuchnia+, TLC, TVN Style - Mały Książę nie zwracał na to większej uwagi. Ale w szesnastym miesiącu coś nagle zaskoczyło i teraz telewizor to ogromna atrakcja! Oczywiście najlepiej jeśli są w telewizji kreskówki ;). Wiem, wiem, dziecko do dwóch lat nie powinno mieć styczności z ekranem itd itp. Wiem. Ale rzeczywistość a wytyczne... No wiem, są rodzice idealni, którzy faktycznie o to dbają, ale najwyraźniej ja taka nie jestem. Mały Książę musi dwa razy dziennie brać żelazo, bo okazało się ostatnio, że ma anemię - ale podanie mu tego żelaza graniczy z cudem! Za to jeśli włączymy mu kreskówkę - problem znika, Mały Książę nie dość, że otwiera grzecznie buzię, żelazo wymieszane z czymś zjada, to jeszcze uprzejmie mówi "am" :))). Tak samo bardzo pomocne są kreskówki podczas dłuższej jazdy samochodem, kiedy on już ma kompletnie dosyć wszystkiego i jest na granicy płaczu. Wówczas włączamy Tygryska Daniela i nagle się okazuje, że jeszcze kolejne 20 minut jazdy da się wytrzymać. :) Ulubione kreskówki Małego Księcia to Daniel The Tiger, Sofia The First, Doc McStuffin i Goldie&Bear. Na pozostałe zerknie, ale to wszystko.

Ach, zapomniałabym! Mały Książę uwielbia sprzątać i generalnie we wszystkim pomagać :). Odkurzanie to ogromna atrakcja, a zmiotka i szufelka to "zabawki", które są bardzo cenione w tym miesiącu :). Z podłogi podniesie każdy okruszek i czym prędzej poda go komuś, kto jest w pobliżu, a każdą zakurzoną powierzchnię od razu przetrze dłonią lub piżamką ;).

Fikcyjne rozmowy telefoniczne, z pilotem w roli telefonu, potrafią trwać 15 minut i więcej. Cudownie się takie rozmowy ogląda, Mały Książę dyskutuje, gestykuluje, czeka na odpowiedzi od fikcyjnego rozmówcy, robiąc pauzy... No po prostu urocze :).

Zmienił się też sposób zabawy z piaskiem kinetycznym - już nie jest to tylko dotykanie go na różne sposoby, teraz jest to baza do zabawy. Dlatego też dokupiłam pięć kilo tego piasku, a jak tylko będę miała czas to dokupię kolejne pięć kilo :). Mały Książę jeździ po piasku swoją ciężarówką, zostawiając ślady, oglądając je i robiąc vrooom vroooom. Szuka też zakopanych skarbów, a także używa różnych przedmiotów, żeby odbijać ich kształty. Piasek kinetyczny to świetna zabawa również dla nas, rodziców :).

Jedenastego maja na angielskiej playgroupie dzieci dostały duże klocki, takie duże drewniane kostki. Mały Książę nie był nimi za specjalnie zainteresowany, bo w tym samym czasie dostał też flamaster, więc był bardzo zaangażowany w rysowanie (uwielbia rysować!)... aż do momentu, w którym podszedł do nas animator, ukucnął przed Lokisiem i zapytał, pokazując na klocki: "can you stack those blocks?". Na co Lokiś odpowiedział "tak" (pierwszy raz) po czym ułożył wieżę z trzech klocków (pierwszy raz!). Drugą wieżę zbudował już w domu, dwa dni później, z mega blocksów - ale generalnie klocki to taka sobie zabawa, póki co. 

Plac zabaw to jeszcze nie jest duża atrakcja. To znaczy, przepraszam bardzo, jest - ale wtedy kiedy może podejść do każdej zabawki i przeanalizować jak działa, gdzie ma śrubki, czy ma jakieś przyciski... Huśtawka jest fajna, ale na dwie-trzy minuty. Zjeżdżalnia jest super (teraz ma zjeżdżalnie też u Babci, więc jest tym bardziej super), ale wszystkie inne zabawki to głównie "a jak to działa?". :)

Kiedy jemy na zewnątrz, w restauracji - Mały Książę je to co my. Siedzi sobie grzecznie przy stole, obserwuje innych ludzi (czasami bardzo nachalnie), "rozmawia" z nami, bawi się swoimi zabawkami, pije sobie napoje, jeśli damy mu rurkę. W weekendy często jemy śniadanie w jednym z warszawskich Cafe Vincent, (bowiem tam są pyszne pain au chocolat, których Francuzowi w Polsce brakuje) - tam akurat nie ma krzesełek dla dzieci, więc Mały Książę zazwyczaj siedzi w wózku i to jest zdecydowanie mniej przyjemne, bo siedzi znacznie niżej niż jest stół i niżej niż my. Jeśli zaś w restauracji jest stolik dla dzieci, tak jak na przykład w Aloha#2 na Białołęce - to nawet nie chce siedzieć z nami tylko od razu siada tam i się bawi :).

Wciąż ma problem z puzzlami i kształtami.

Uwielbia bawić się w naśladowanie. To znaczy, najbardziej lubi być liderem takiej zabawy i chce, żeby to jego naśladować ;), ma z tego bardzo dużo frajdy :). 

Poza tym bardzo dużo bawimy się razem również "fizycznie" - rolujemy się, łaskoczemy, tańczymy, Tatuś robi Małemu Księciu samolocik, bawimy się w chowanego pod kocykami i akuku zza kojca i innych rzeczy. To bardzo fajne rodzinne momenty :). 

Ach, jeszcze kąpiele. Mały Książę uwielbia kąpiele. Uwielbia malowanie w wannie, ale także chlapanie! Chlapanie wodą uwielbia do tego stopnia, że śmieje się w głos nawet jeśli widzi je w telewizji, w wykonaniu kreskówkowych postaci :).

Strasznie chaotyczny ten post, zdaję sobie z tego sprawę - ale piszę go już prawie tydzień, dodając tu i ówdzie zdanie lub dwa, bo akurat mam taki zabiegany czas :).

***
Jeśli chodzi o obserwowanie (let's be honest, GAPIENIE SIĘ) ludzi, to była też jedna zabawna sytuacja. Byliśmy w UFO (mojej ulubionej pizzerii) i tym razem przy stoliku obok siedziały trzy zakonnice. Ubrane standardowo, jak to zakonnice, na czarno-biało. Mały Książę nie odrywał od nich wzroku nawet na chwilę, aż wprawił je w zakłopotanie, nas trochę też :D. Zwłaszcza, iż siedział tyłem do nich, więc aby na nie patrzeć - cały się wykręcał do tyłu. Wszyscy się trochę podśmiewaliśmy, z młodszymi zakonnicami włącznie, aż w końcu najstarsza z nich zwróciła uwagę, że najwyraźniej Młody nie widuje zakonnic wystarczająco. Well, prawdę mówiąc to nigdy wcześniej ich nie widział ;).
***

Ach, jest jeszcze ciemna strona księżyca ;), Mały Książę wchodzi w słynny "bunt dwulatka" (wiem, wcześnie). Już pomijając fakt, że ten bunt to żaden bunt, tylko głównie frustracja, brak możliwości pełnej komunikacji, bezsilność dziecka w pewnych sytuacjach, niezrozumienie tego co się dzieje lub dlaczego, itd itp to przejawia się on głównie krótkotrwałym płaczem, tudzież gwałtownym siadaniem na podłogę (przy próbie podniesienia go, jeśli nie ma na to ochoty) lub agresywnym rozrzucaniem przedmiotów w zasięgu rąk. Jeśli jest taka możliwość staram się mu wytłumaczyć dlaczego czegoś nie może mieć w tej chwili, albo dlaczego robię coś, czego on akurat nie chce w danym momencie. Jeśli jednak jest to moment, w którym wiem, że nawet nie zauważy mojego tłumaczenia (bo, na przykład, dodatkowo jest też bardzo zmęczony) to po prostu staram się przekierować jego uwagę.

***
Z innych rzeczy - w tym miesiącu byliśmy dwa razy u lekarza, a Mały Książę miał też pobieraną krew. Zniósł to niesamowicie dobrze, przy wbijaniu igły nawet nie drgnął, a kiedy krew zaczęła lecieć to tylko patrzył, bardzo zainteresowany, co się dzieje. Pod koniec musiało go zaboleć jednak, bo już się skrzywił - ale nie płakał. A tuż po dostał dwie naklejki dzielnego pacjenta i wyszedł z nimi zadowolony :).

"Kilka" zdjęć!
























Tuesday, May 3, 2016

Piętnaście miesięcy Małego Księcia

2016-04-22


Wiek urodzeniowy: 15 miesięcy
Wiek korygowany: 13 miesięcy

Wzrost i waga: dopiero czwartego maja mamy check up u neonatologa (ach te terminy w PL!, zapisywałam się jeszcze w marcu...), ale jeśli wierzyć naszej domowej miarce to nasz Mały Książę ma już trochę ponad 76cm i waży 10,5kg

Z nowości: mamy PESEL :) (I Francuz Tatuś też dostał PESEL).

W zeszłym miesiącu reagował tylko na angielskie pytanie "how big you are", teraz reaguje też na polską wersję :). Generalnie rzecz biorąc, jeśli chodzi o język, to największy kontakt ma z angielskim i polskim, z francuskim nieco mniejszy. Po angielsku rozmawiamy w domu (ja i Francuz) oraz dwa razy w tygodniu chodzimy na angielską grupę; po polsku mówi do niego cały czas moja Mama i wszyscy inni ;), a z francuskim ma styczność głównie na grupach, bo Tatuś w sumie nie bardzo ma kiedy do niego mówić w tym języku. Czasami sobie śpiewamy francuskie piosenki. :) Zauważyliśmy (głównie ja i moja Mama), że bardzo się ożywa kiedy słyszy język angielski używany przez innych ludzi.

Słowa, które wymawia są mieszane. W tym miesiącu zdecydowanie króluje MAMA. Na Tatę woła czasami "Tata", czasami "Dadi", nie wiem od czego to zależy. Zaraz potem, najczęstsze słowa to... "am am". A głodny jest ostatnio prawie cały czas! Kolejnym dominującym obecnie słowem jest "daj". Zdecydowanie zmniejszyła się intensywność "cat", pojawił się "dog". Kiedy moja Mama narzekała, że jej ręce są zimne - Mały Książę grzecznie po niej powtórzył "zimne". Zaczął robić "vrooom" podczas zabawy samochodzikami oraz woła "hi!" na spacerach do wszystkich ptaszków i piesków :). Ach, i jeszcze zapytany jak robi konik - kląska tak jak konik robi kopytkami. Mam jednak wrażenie, że tak się skoncentrował na chodzeniu, że mówienie na razie poszło trochę w odstawkę.

9 kwietnia Mały Książę zaczął chodzić ;). Ot tak po prostu, wyrwał się z ramion Tatusia i przybiegł do mnie. Uwielbia to i uwielbia być za chodzenie chwalony ;), ale też przeuroczo się złości jeśli upadnie. Także teraz chodzimy często za rączkę - jeszcze nie na duże dystanse, no, ale! :) Nie od razu Rzym zbudowano. A Mały Książę chciałby chodzić cały czas i wózek to aktualnie niemalże wróg numer jeden ;).

Często też staje opierając się na stopach i dłoniach, po czym głowę wkłada między ręce i ogląda sobie świat do góry nogami. Sprawia mu to dużo frajdy :).

Po schodach do góry umie wejść (trzymany za rączki) bezbłędnie, ba, nawet robi kroki jak dorosły, jedna noga na jeden stopień. Schodzenie to zupełnie inna bajka i nie ma pojęcia o co w niej chodzi.

Nie ma najmniejszego problemu z kucaniem albo schylaniem się by dosięgnąć do zabawki, która jest na podłodze.

Zaczyna jeść sam łyżeczką, coraz sprawniej mu wychodzi nabieranie i celowanie do buzi, chociaż często zdarza mu się w trakcie przenoszenia jedzenia łyżeczkę obrócić ;). Zaczął sam jeść kanapki (odważyliśmy się mu dać większy kawałek chlebka z serkiem, a nie jak dotąd, podziubany na malutkie kawałki - i okazało się, że idzie mu całkiem nieźle). Zaczyna też pić sam z normalnego kubeczka. Jeszcze się trochę oblewa - ale jest coraz lepiej. Ćwiczymy :)))

Daje buzi! Kiedy go prosimy i kiedy go nie prosimy czasami też! I jest to cudownie urocze. Rzuca mi się na szyję, żeby się przytulić, a ja się rozpływam z miłości :). Potrafi podejść do mnie albo do Taty i przytulić się czule głaszcząc równocześnie swoją "ofiarę" po obydwu policzkach. Albo po prostu bierze czyjąś twarz w dłonie (najczęściej moją) i wtedy daje buzi. Uwielbiam, rozpływam się :).

Jeśli chodzi o jedzenie - to wciąż nie mam dobrze tego opracowanego. We Francji mieliśmy lepszy plan dnia, Francuz był w domu codziennie między 12 a 14, razem jedliśmy lunch, Mały Książę też. Teraz w tych godzinach Francuz jest w pracy i czas lunchu nam się kompletnie rozmywa.

Wciąż głównym jego pożywieniem jest moje mleko - a ostatnio mamy dni "niemowlęce", mógłby jeść i ssać cały czas, wraca do mnie co pół godziny albo i częściej, podczas zabawy, żeby się na trochę przykleić do sutka :). A poza tym, przykładowo, jemy tak:

Śniadanie: owoce (najczęściej pół banana i trochę truskawek, lub banan i mango) zmiksowane z serkiem Rolmlecz, a potem mała kanapka z czymś - czasami całość zamiennie z kaszką ryżową lub muffinkami.

II śniadanie: deserek czekoladowy, jogurt morelowy albo owocki z tubki

Obiad: no i tu właśnie kulejemy. Jak Babcia ugotuje nam zupkę to jemy zupkę, a jak nie - to trochę jakieś losowe rzeczy. Muszę jeszcze popracować nad tym planem dnia. Moja Mama proponuje mi korzystanie ze słoiczków - no i sama nie wiem, może się w końcu ugnę...

Podwieczorek: kaszka czekoladowa lub herbatnikowa - do picia. Te polskie mają tylko 200ml, francuskie miały 250ml, a jego ulubiona była o smaku pain au chocolat. Zdarza mu się również zjeść batonik dla dzieci, czekoladowy - tylko tu musimy zawsze zwracać uwage na cukier, bo chociaż tego cukru w batoniku nie jest dużo - 10g, to jednak jest. A potem Mały Książę dostaje takiego kopa energetycznego, że szaleje. Dlatego ostatnia godzina, o której może zjeść batonik to 17, jeśli zje później to kiepsko wygląda chodzenie spać o normalnej porze :).


Kolacja: zazwyczaj je to samo co my, tylko oczywiście w mniejszych ilościach. Dzisiaj na przykład jedliśmy na kolację sałatki - feta z oliwkami i pomidorkami cherry oraz mozzarelka z pomidorkami i pesto. Mały Książę dostał głównie mozzarelkę z pomidorkami koktajlowymi (bez pesto). Zdarza się też, że zaśnie wcześniej niż jemy kolację - ale to nie ma dla niego dużego znaczenia, wieczorem jest i tak nastawiony głównie na mleko, więc kolacją bardziej się bawi niż ją je ;).

Także: obiady do poprawki. To kwestia poprawnej organizacji.

Uparcie próbuje założyć sobie sam skarpetki - ale jeszcze mu to nie wychodzi, chociaż próbuje rozciągać skarpetkę to ma problem z wcelowaniem stopą w dziurkę :). Za to zdejmowanie skarpetek - pierwsza klasa ;). Potrafi też sobie zdjąć body, jeśli mu rozepniemy w kroku. Po wysuszeniu sam też zdejmuje z siebie ręcznik-ponczo :). Opanował również zdejmowanie pieluszki do tego stopnia, że przerzuciliśmy się już tylko i wyłącznie na pieluchomajtki - w tej chwili kupujemy Pampers Premium Care w rozmiarze 5 albo Baby Dry w rozmiarze 4+.

Za to świetnie się sam czesze (a także mnie czy też Babcię) oraz używa pilniczka (trochę na niby, ale wie doskonale do czego to służy i próbuje imitować :) ). Zęby myje sam, ale tak to lubi, że płacze jak zabieram mu szczoteczkę - więc zaczęłam sama mu szczotkować, a kiedy mija czas to chowając szczoteczkę rozpraszam go szybko inną zabawką.

 Macha "papa" i czasami na cześć. Podaje rączkę na cześć (ale nie każdemu) oraz przybija piątkę. :) Uczymy się robić żółwika. Bardzo lubi granie w łapki "si si my baby" - sam nie gra, ale wystawia rączki i cieszy się jak ja gram o jego rączki.

Jeśli chodzi o zabawy - wciąż klocki nie są jego mocną stroną, zwłaszcza, że Ciocia Amie nauczyła go ostatnio jak fajnie się klocki... rozrzuca ;), zamiast układać :P. Czasami złączy dwa klocki (mega blocks), ale nie bawi go to. Bardzo lubi samochodziki - ma samochodziki Duplo i samochodzik Oball, a w tym tygodniu przyjedzie do nas jeszcze garaż Tut Tut i trzy samochodziki Tut Tut :). Jeździ nimi i robi vrooom vrooom. :). Lubi też przewracać swój skuter, po czym używa koła jako kierownicy.

Naśladuje rozmowy telefoniczne :D. Od kiedy jesteśmy w Polsce to zdecydowanie rzadziej używamy FaceTime, a częściej w użyciu jest telefon. Mały Książę podpatrzył i teraz często używa pilotów jako telefonów, również swojego telefonu, ale też czasami losowych rzeczy - przykłada je do ucha i imituje całą rozmowę, łącznie z czekaniem aż jego fikcyjny rozmówca coś mu odpowie ;).

Potrafi pokazać gdzie są oczka, nosek, buzia, ale na razie to wszystko. Za to reaguje na to pytanie zarówno kiedy pytamy po angielsku jak i po polsku. I potrafi je pokazać nie tylko na sobie, ale też na ludziach oraz na zwierzątkach w książkach.

Ma problem z puzzlami - niezbyt dobrze mu idzie dopasowywanie kształtów.

Wciąż ulubioną aktywnością jest rysowanie, zwłaszcza w wannie (bo wygodniej niż na kartce).

Kiedy się przewróci i uderzy o coś - to natychmiast nam pokazuje gdzie się uderzył i o co.

Przez kilka dni przejawiał dziwne zachowanie - mianowicie udawał, że się uderzył i pokazywał nam coś, co nie miało miejsca, albo też siadał i specjalnie się lekko uderzał, po czym przychodził się poskarżyć, że się uderzył. Czasami też po prostu wskazywał, że boli główka (co doprowadziło mnie trochę do paniki) - ale na szczęście trwało to tylko kilka dni i mu przeszło :).

Zaczął lubić pluszaki - ostatnio w Ikei sam sobie wziął z półki pluszowego pieska i tak go przytulał, że po prostu musieliśmy go wziąć. Teraz go przytula za każdym razem kiedy go zobaczy. Wszystkie pluszaki oraz swoją lalkę również namiętnie karmi różnymi rzeczami, także swoją kaszką ;).

Jeśli chodzi o spanie, to bez zmian. Wstaje rano o 6:00 - 7:00, pierwszą drzemkę ma około 9:00 - 10:00 (więc na grupach jest jak śnięta ryba) - ostatnimi dniami chyba się a drzemka przesunęła trochę bliżej 10:00 - 11:00 (oby). Druga drzemka jest około 13:00 - 14:00. Pomiędzy 18 a 19 kąpiel, a pomiędzy 19 i 20 już śpi. :)

Wyszedł mu kolejny ząbek na dole oraz wciąż wychodzą i nie mogą wyjść górne kiełki...! Ale może już niedługo. Także stan na chwilę obecną: zębów osiem i dwa w "przygotowaniu". Gryziemy wszystko co się da i co się nie da, bo dziąsła swędzą. Biedny.

***

Jestem przekonana, że jeszcze o czymś nie pamiętam ;), no, ale - no nie pamiętam!

A, jeśli chodzi o lustro, to dalej tak samo lubi robić minki i machać do siebie w lustrze, to się nie zmieniło. Bez problemu też patrzy na nas przez lustro, niezależnie od tego czy widzi nas obok siebie czy nie. Ale to w sumie robi od tak dawna, że nawet nie pamiętam od kiedy. Co jest nowością to to, że zaczął też znajdywać inne powierzchnie, które odbijają jego wizerunek - i tak na przykład, ostatnio miał dużo frajdy, kiedy zobaczył swoją (zniekształconą) twarz w pokrywce patelni czy też w zabawkowym lusterku z folii. Śmiał się z tego w głos.

Ok, więcej nie pamiętam, ale jest po pierwszej w nocy , moi chłopcy już śpią, a ja biegnę do nich dołączyć. :)






Friday, March 25, 2016

Nasza historia, część piąta

Poprzednio zakończyłam na:
"Zjechaliśmy na piętro -3, atmosfera była tak samo zimna i beznadziejna jak pierwszego dnia kiedy przyjechałam do tego szpitala... Położna z góry zostawiła nas z położnikiem, który zaprowadził nas do małego pokoju "prelabor", w którym nie było miejsca prawie na nic. Wszędzie stały maszyny, monitory, jedno łóżko, jedno krzesło. Niewygodne krzesło, niewygodne łóżko, na którym kazano mi się położyć i czekać..."

Kiedy położnik do nas wrócił, okazało się, że jest zdecydowanie mniej cierpliwy niż położne i pielęgniarki na patologii ciąży; nie mógł zrozumieć, że boję się igieł, zwłaszcza po tak długim już pobycie w szpitalu z codziennym kłuciem i chciał założyć mi wenflon tak szybko jak to możliwe i mieć mnie z głowy. Próbował założyć mi najpierw na nadgarstku, ale nic z tego nie wyszło, potem na górze dłoni, ale żyły również były zbyt na to wymęczone - w końcu podpiął mi się w zagięciu łokcia. Po wenflonie przyszedł czas na założenie cewnika, ktg, ciśnieniomierza, elektrod i sama nie wiem czego jeszcze. Wreszcie założono mi lek, który miał wywołać poród.

Nie mogłam wstawać, nie mogłam się ruszać. Łóżko było piekielnie niewygodne. Godziny mijały.

Po jakimś czasie, sama już nie wiem po jak długim, zaczęłam mieć skurcze. Bolesne, ale jeszcze do przeżycia. Za to, zauważyliśmy wtedy, że podczas skurczy, kiedy zmieniam pozycję - serce naszego synka zwalnia. Zaniepokoiło to wszystkich, natychmiast zorganizowano USG - przyjechała maszyna razem z panią ją obsługującą oraz, niestety, razem ze studentem-stażystą. To chyba był jedyny moment mojego pobytu w szpitalu, w którym człowiek popełnił błąd. Pani, która robiła mi USG była bardziej zainteresowana spodobaniem się studentowi, oraz zaimponowaniem mu, niż porządnym zajęciem się mną. USG zrobiła, flirtując cały czas i pokazując studentowi jak działa maszyna. Stwierdziła, że wszystko ok i wyjechała maszyną z naszej klitki prelabor. Nie było ok. Wróciła po pół godzinie, tym razem bez studenta, za to znowu z maszyną i powiedziała, lekko zaniepokojona, że maszyna pokazała, że coś jest nie tak z łożyskiem. Ale, że nie jest pewna i że może zrobić jeszcze raz. Z tym, że akurat miała być zmiana warty, więc stwierdziła, że pewnie wszystko jest ok, tylko maszyna popełniła błąd i w sumie, że przekaże to następnej osobie... no i nikt z maszyną do usg już do nas nie wrócił.

KTG było już włączone non stop, zapisywało każde uderzenie serca naszego maleństwa. Zauważyliśmy, że jego serduszko zwalnia za każdym razem kiedy zmieniam pozycję, chociażby delikatnie, więc od tej pory po prostu przestałam się ruszać, leżałam tylko pod lekkim kątem, prawie na lewym boku, ale jednak na plecach, bo tylko w tej pozycji serce było ok. Już wtedy przyszło nam do głowy, że być może łożysko zaczyna się odklejać?

Razem z nocną zmianą przyszła zmiana papieru w maszynie do ktg, bo po wydrukowaniu metrów (dosłownie) i zajęciu podłogi w połowie pokoju - papier po prostu się skończył. Bardzo chciało mi się pić, ale nie pozwolono mi ani jeść, ani pić - bo nikt wtedy jeszcze nie wiedział, czy urodzę naturalnie czy też będę miała cesarkę. Rozwarcie było na 2 centymetry, skurcze, podczas których robiłam wszystko, żeby się nie poruszyć, co kilka minut. Po jakimś czasie doktor, który był na nocnej zmianie zadecydował, że może powinnam spotkać się z zespołem, który wykonywał tej nocy cesarskie cięcia...

Zespół był super. Pani anestezjolog przypominała mi z wyglądu moją Przyjaciółkę, z tym, że jej kosmyki miały jaskrawo różowy odcień, a nie czerwony. Chirurg z nocnej zmiany okazał się być przyjacielem naszego pierwszego ginekologa i człowiekiem, który był nam polecany od samego początku. Także spotkanie z zespołem trochę mnie uspokoiło.

Fakt, że nie mogłam się ruszać, ani pić, ani jeść, ani spać - doprowadzał mnie do rozpaczy. Wiem, to brzmi jak nic takiego - ale utrzymanie tej samej pozycji przez kilka godzin to już (dla mnie) jest katorga, a co dopiero mówić o kilkunastu, czy też jak się okazało później - kilkudziesięciu!

Tej nocy nie podjęto decyzji o cesarce, skurcze jakby przycichły, czekaliśmy. Mój Francuz, cały czas przy mnie, solidarnie ze mną starał się nie spać, aczkolwiek był tak wykończony, że zdarzało mu się zdrzemnąć. Mi nie - ciśnieniomierz co 15 minut skutecznie mi to uniemożliwiał. I tak leżałam, leżałam, czekałam i czekałam i płakałam z niemocy. Moja Mama była tuż za drzwiami, ale nie mogła do nas wejść, nie do tej sali, prelabor. Podchodziła tylko do drzwi i dawała jedzenie dla mojego męża, a ja nawet nie mogłam jej zobaczyć! Ale pisałyśmy do siebie smsy, cały czas.

Kolejne godziny mijały, kolejne rolki papieru do KTG się kończyły (działało już non stop, co jakiś czas tylko ktoś przychodził sprawdzać). Po nocy, która wydawała się niekończąca przyszedł szary dzień. Rano rozwarcie wciąż tylko na 2 centymetry. Ktoś podjął decyzje o drugiej turze leku wywołującego poród, założono mi go... Po kilku godzinach zaczęłam mieć skurcze co 2 minuty. Wyłam z bólu, starając się jednocześnie nie ruszać, aczkolwiek były chwile, kiedy po prostu zwijałam się w kulkę, a wówczas serduszko mojego Małego Księcia drastycznie zwalniało. Minęło już ponad 30 godzin bez snu, bez picia, bez ruchu, byłam wykończona. Popołudniu zaczęły mi powoli odchodzić wody, doktor powiedziała, że może palcem dotknąć główki Małego Księcia - badania szyjki były bardzo bolesne. Rozwarcie jednak wciąż było za małe, raptem 2,5 centymetra, tymczasem czas mijał. Skurcze nasilały się w swojej intensywności, przewieziono mnie na salę porodową. Wieczorem dostałam znieczulenie (nie wiem jakie, do tego stopnia nie miałam głowy do tego wszystkiego - ale mogłam po nim ruszać nogami) - przed panikowałam strasznie, zwłaszcza, że do założenia wenflonu w to miejsce wygoniono z sali mojego męża - anestezjolog powiedziała, że mężczyźni mają tendencje do mdlenia jak widzą zakładanie, a one nie mają czasu tu się zajmować facetami, bo ciężarna jest najważniejsza. Na szczęście asystentka pani anestezjolog (inny zespół niż z poprzedniej nocy) była fantastyczna, cały czas do mnie mówiła (po angielsku). Wiedziała już, że mi akurat pomaga kiedy mam chociażby świadomość kontroli nad tym co się ze mną dzieje, więc opisywała mi co jest robione w danej chwili. Przeżyłam ;), aczkolwiek bałam się niesamowicie. Podczas wkłucia się udało mi się nie drgnąć nawet o milimetr, za co zostałam bardzo pochwalona ;).

Poczułam bardzo przyjemne zimno wzdłuż kręgosłupa i po chwili ból zaczął mijać. Ach, przynajmniej od bólu mogłam odpocząć, bo już byłam tak strasznie wszystkim zmęczona, że aż ciężko mi było uwierzyć, że wciąż trzymam się "na nogach". Przez godzinę, albo może półtorej? był spokój od bólu. Tuż przed podaniem znieczulenia założono mi do szyjki sondę, która miała za zadanie przekazywać informację o skurczach, skoro ja miałam ich nie czuć.

To był wyjątkowy tydzień w tym szpitalu - był nawał rodzących. Tego dnia kiedy zabrano mnie na dół - wszystkie sale były zajęte, rodzące wjeżdżały i wyjeżdżały w ogromnej liczbie. Tyle kobiet rodziło w tym tygodniu, iż na górze zabrakło dla wszystkich pokoi i zaczęto kłaść niektóre dziewczyny na oddziale ginekologicznym - ale o tym później.

Po około półtorej godzinie ból podczas skurczy zaczął wracać. Jednakże w tym samym momencie, w którym się na to poskarżyłam - przybiegła położna z innej sali, żeby zabrać moją panią doktor - zanikła akcja serca dziecka podczas porodu, konieczna była natychmiastowa cesarka. Zajęli się mną inni, między innymi student położnik. Tuż przed północą zaczęłam mieć wrażenie, że przeciekam jednak trochę bardziej niż powinnam, a kiedy poprosiłam Francuza o sprawdzenie, okazało się, że wyciekają ze mnie nie tylko wody płodowe, ale również krew. Student położnik, kiedy Francuz mu o tym powiedział, postanowił wyjąć moją sondę, żeby sprawdzić co się dzieje... i w momencie kiedy ją wyjął - krew była wszędzie, po prostu ze mnie chlusnęła. W sali wszyscy wpadli w panikę, usłyszałam tylko "décollement placentaire", zdążyłam tylko oddać telefon mężowi, podczas gdy anestezjolog zmieniała lek w moim wenflonie w kręgosłupie, przerzucili mnie na inne łóżko i błyskawicznie przewieziono mnie do sali operacyjnej.

Trzęsę się, jak o tym piszę ;). Wiem, że tyle historii było cięższych, straszniejszych - ale ta jest moja i miała na mnie ogromny wpływ. Cieszę się, że mogę odwrócić głowę i spojrzeć na śpiącego koło mnie Małego Księcia (który pewnie niedługo się obudzi, bo śpi już prawie dwie godziny, a to nie jest nawet typowa jego drzemkowa godzina!). 

Wszystko działo się tak błyskawicznie, że aż nie mogłam w to uwierzyć. Powtarzałam pytanie "what's happening", ale w tym momencie dla zespołu ważniejsze było, żeby ratować mnie i Małego Księcia i na razie nikt nie zawracał sobie głowy tym, żeby mi tłumaczyć ;). Zwłaszcza, że to były tylko minuty.

Sprawdziłam na wypisie ze szpitala, że podczas operacji miałam znieczulenie podpajęczynówkowe. Mogłam ruszać nogami, więc spięto mi je taśmą, rozłożono mi ręce i przypięto, więc czułam się trochę jak na krzyżu ;). Szczypano mnie w brzuch dopóki przestałam to czuć i wtedy zaczęto operację. To były zaledwie minuty, naprawdę, a wszystko było dla mnie tak abstrakcyjne! Asystentka anestezjolożki siedziała cały czas przy mojej głowie, głaskała mnie i mówiła do mnie. Była cudowna. Widziałam monitor pokazujący moje ciśnienie i pracę serca - o dziwo, ciśnienie było niższe niż przez dłuższy czas wcześniej - 140/90 przez większość operacji. Powtarzałam sobie w myślach "jestem Halnym, jestem Halnym"... To dlatego, że moja Mama mi powtarzała wcześniej, "pamiętaj, że jesteś silna, mocna, jesteś silna jak Halny!".

Nie wiedziałam wtedy jeszcze, że dokładnie w momencie, kiedy zabrano mnie na operację, a mój mąż został z mym telefonem w ręku - dostałam maila i na ekranie mojego telefonu wyświetliło się "Deleting avatar Diav" (powiadomienie z gry, w której się poznaliśmy z Francuzem). Powiedział, że nic w życiu nie przeraziło go tak bardzo jak ta moja operacja i ten mail, którego wtedy dostałam.

Drzwi do sali operacyjnej zamknęły się za nami dokładnie o 00:12 (Francuz zrobił zdjęcie), a Mały Książę urodził się dokładnie o 00:19, słyszałam jak to ogłaszają do zapisania. Nie słyszałam, żeby płakał, więc trochę się przestraszyłam, ale za chwilę przyniesiono mi go do pocałowania. W żółtej czapeczce, którą mam do tej pory i trzymam jak skarb. Dopiero po operacji dowiedziałam się, że w tak zwanym międzyczasie (czyli pomiędzy jego urodzeniem się a moim całusem) był ważony, mierzony, sprawdzano w jakim jest stanie. Dostał 9/10 punktów w skali Apgar w pierwszej minucie i 10 w piątej. Mojemu Francuzowi pozwolono przy tym być!!! A on od razu wyciągnął telefon i sfilmował pierwsze chwile Małego Księcia po tej stronie brzuszka. Do tej pory śmiejemy się z tego - bo nasz synek zaczął płakać dopiero wtedy jak zobaczył Tatusia hihihi... :)))


Następnie Tatusia wygoniono, Małego Księcia zabrano, a mnie jeszcze zszywano. Podczas całej operacji podawano mi też jakiś gaz - nie wiem co to było. Przez cały czas czułam się tak nierealnie - nie wierzyłam, że to się dzieje naprawdę!

Po operacji zawieziono mnie do sali pooperacyjnej, od razu dołączył do mnie mój Francuz. Oboje półprzytomni, ostatni raz spaliśmy w nocy z poniedziałku na wtorek, tymczasem już był czwartek! O dziwo, nic mnie nie bolało, kiedy pielęgniarki przychodziły zapytać się o ból w skali - zgodnie z prawdą odpowiadałam pomiędzy 0 a 2/3. Za to ciśnienie skoczyło mi pod sufit, zaczęto się o mnie wtedy poważnie martwić. W dalszym ciągu nie mogłam się ruszać, w dalszym ciągu cewnik, wenflon, elektrody i ciśnieniomierz, który ustawiony ponownie na co 15 minut tym razem co chwila wzbudzał alarm. Dostałam też tlen, bo spadła mi saturacja do 70. I zakaz picia/jedzenia w dalszym ciągu, bo co jeśli potrzebna będzie operacja jeszcze jedna... Mocno krwawiłam.

I marzyłam o herbacie. :)

Na początku zakładano, że na sali pooperacyjnej zostanę dwie do trzech godzin, czyli tak jak to zakłada norma - ale u mnie to się przeciągnęło mocno, bo udało mi się opuścić tę salę dopiero 43 godziny później, czyli w piątek wieczorem. Nie mogłam znieść tego, że w tym czasie do tej samej sali przywożono też inne mamy po cesarkach - przyjeżdżały ze swoimi dziećmi w małych łóżeczkach i wyjeżdżały dwie godziny później. Były beztroskie, szczęśliwe...

Kilka godzin po operacji przyszła do mnie położna, doradca laktacyjny. Zapytała się czy chcę karmić piersią, przytaknęłam i dostałam całą masę różnych ulotek, instrukcji jak odciągać mleko, maleńkie, sterylne strzykawki, do których miałam zbierać pierwsze krople, a na górze już na mnie czekał mój (na następne trzy miesiące) zestaw do odciągania mleka. Od razu zebrałam pierwsze krople i Francuz poszedł je zanieść Małemu Księciu. Mały Książę je pochłonął od razu (pozwolono Francuzowi mu podać je bezpośrednio, pomimo iż synek miał już założoną sondę do żołądka) i płaczem zażądał jeszcze.

Przed szóstą rano dostałam wzmocnioną dawkę leków na ciśnienie, w kroplówce - odrobinę spadło, więc o 6:30 zawieziono mnie, na łóżku, bez możliwości ruszania się wciąż, do NICU, gdzie mogłam przynajmniej zobaczyć mojego kochanego Lokisia.

W NICU było ciemno, w oknach były zasłonięte rolety, wszędzie pracowały różne maszyny, dookoła było pełno wyświetlaczy z całą masą różnych numerów i cztery (w sali Lokisia) inkubatorki. Dodatkowo mój Malutki Książę miał całą buzię zasłoniętą CPAPem, ponoć nie było dużej potrzeby, ale doktor zadecydował, że przez kilka godzin przyda się maleństwu wsparcie, bo jednak, niezależnie od ilości punktów w skali Apgar - urodził się ponad dwa miesiące za wcześnie. Pozwolono mi zrobić zdjęcie - to był jeden jedyny raz kiedy mogłam wjechać/wejść do NICU bez uprzedniego szorowania się alkoholem itd itp.


Dopiero teraz zauważyłam, iż na zdjęciu, w szybce inkubatorka, odbija się moje łóżko :).

Następnym razem zobaczyłam moje maleństwo dopiero w sobotę popołudniu/wieczorem.

Po krótkiej wizycie wróciłam na salę pooperacyjną. Wciąż nie pozwolono mi niczego zjeść, ani wypić, wciąż nie spałam... i, całkiem prozaicznie, przez brak możliwości ruchu - miałam od wtorkowego poranka nieumyte zęby, włosy itd. Czułam się z tym okropnie. Francuz był wyczerpany na maxa. Dwa razy zasnął na taborecie, siedząc koło mnie i dwa razy z tego taboretu spadł. Ale nic nie przebije tego, iż zasnął - idąc. Szedł od stołu do mojego łóżka i nagle widzę, że zamykają mu się oczy, a on leci na podłogę. Na szczęście nic się nie stało. Chciałam, żeby odpoczął, ale on chciał być ze mną w każdej sekundzie. Zostawił mnie jedynie na chwilę w piątek popołudniu - bo musiał pojechać zarejestrować naszego synka w urzędzie. Całe szczęście, że przez ten cały czas moja Mama czuwała nad nami tuż za drzwiami i dokarmiała mojego Francuza! Byłoby bardzo ciężko bez tego.

Nad ranem w czwartek chciano mi pobrać krew do badań - ale nie udało się. Moje żyły były już tak zmęczone, że z żadnej nie udało się pobrać krwi. Siedziało nade mną kilka pielęgniarek i kłuły mnie w różne miejsca, ale nic z tego nie wychodziło... Jednej z nich przyszło do głowy wkłuć mi się w tętnicę przy kciuku - to był koszmar! Bolało.... Ach, nawet nie mam słów jak bardzo! A i tak nie udało się pobrać krwi.

Te czterdzieści trzy godziny mocno mi się rozmywają, sama już nie wiem co było kiedy. Zbierałam mleczko do strzykawki, Francuz zanosił je Małemu Księciu, moje ciśnienie skakało jak głupie, pielęgniarki śmiały się uprzejmie, że moje dziecko ma lepszą saturację niż ja...

W piątek wieczorem stwierdzono, że niebezpieczeństwo minęło i zawieziono mnie na górę. Ach, jakże się cieszyłam widokiem swojskich (już) brzoskwiniowych korytarzy! Wciąż wiszących świątecznych ozdób i znajomych twarzy....! Ale cieszyłam się niedługo, bowiem okazało się, że jest tak dużo pacjentek na oddziale ciążowych, iż część trzeba było umieścić na oddziale ginekologicznym. Na oddziale ginekologicznym nie było jedynek, wszystkie pokoje były dwuosobowe. Umieszczono mnie w pokoju razem z młodą muzułmanką, świeżo upieczoną mamą bliźniaków-wcześniaków, z hipotrofią. I to była dla mnie, dla nas (mnie i Francuza) katastrofa. Wieczór, daleko od domu, oboje nie spaliśmy od czterech dni, padaliśmy na pyszczki... tymczasem w pokoju dwuosobowym Francuz nie mógł ze mną zostać. Nie wiedzieliśmy co zrobić - w końcu pielęgniarki przyprowadziły dla niego krzesło do spania, rozkładane, pod warunkiem, iż sąsiadka z łóżka obok zgodzi się, by mój mąż w pokoju został. Na szczęście się zgodziła. Zasunęliśmy zasłonę, oddaliśmy jej całkowitą władzę na pilotem do telewizora i chcieliśmy pójść spać. Poszliśmy z lekkim opóźnieniem, bo okazało się, że muszę jeszcze dostać leki na ciśnienie, kroplówkę z paracetamolem i zastrzyki przeciwzakrzepowe... (brr). Ale zdjęto mi ciśnieniomierz, elektrody - chociaż jeszcze nie mogłam wstawać, ani się za bardzo ruszać - przynajmniej mogłam SPAĆ. Francuz również przyniósł mi w jakimś pudełeczku wodę i odnalazł moją szczoteczkę do zębów - więc poczułam się (fizycznie) o niebo lepiej. Psychicznie byłam wrakiem.

W sobotę rano sytuację odkrył mąż sąsiadki  muzułmanki i wyraził bardzo zdecydowany sprzeciw na pobyt mojego męża w pokoju. Ba, zażądał, by mąż wychodził za każdym razem kiedy jego żona wstawała do łazienki czy też jadła, lub odciągała mleko (mimo, iż zasłona pomiędzy łóżkami była zasłonięta). Sam za to nie odczuwał żadnego wstydu gapiąc się na mnie. Byliśmy w kropce, Francuz nie chciał mnie zostawić, ja nie chciałam zostać sama. Na szczęście, w szpitalu byłam tak długo, że położne z patologii ciąży zdążyły mnie poznać i polubić i jakimś cudem, cudem! Tylko dlatego, że ich kierowniczka była akurat na urlopie, udało im się i znalazły dla mnie pokój. Ba, nawet im się udało przeprowadzić mnie do "mojego" pokoju, tego, w którym byłam na samym początku. Przewiozły mnie, w końcu wyjęły mi cewnik, a następnie zaczęła się pionizacja, uczenie mojego męża jak ma się mną zajmować, jak pomagać się myć, itd itp :). Jeszcze tego samego dnia wieczorem (sobota) wreszcie zobaczyłam ponownie mojego ukochanego Małego Księcia! Tym razem przyjechałam do niego na fotelu (wciąż z kroplówką) i pozwolono mi go kangurować! I spróbować nakarmić.  I zrobiono mi z nim zdjęcie :).

Ach, no właśnie, kompletnie bym zapomniała - a to takie było dla mnie wówczas ważne - pielęgniarki Lokisia z NICU codziennie robiły mu zdjęcia, czasami nawet kilka i przynosiły je do mnie na górę (NICU znajduje się koło porodówki, z oczywistych względów). Spałam z tymi zdjęciami i miałam je cały czas przy sobie.




W pokoju czekała też na mnie pompa firmy Medela Syphony - szpital dał mi ją na trzy miesiące, zapewniając równocześnie zapas akcesoriów na te trzy miesiące oraz wachlarz nakładek w każdym chyba rozmiarze :).

O, taka:


Kiedy potem zobaczyłam jej cenę na Amazonie to myślałam, że padnę, ponad 2000 dolarów... Wow.

Następne dni upływały bardzo monotonnie, odciąganie mleka, leki co kilka godzin, kroplówki, próby pobierania krwi co rano, ciśnienie badane co kilka godzin, w międzyczasie wizyty w NICU, kangurowanie... wizyty mojej Mamy w szpitalu i....
...
...
depresja. Nie potrafiłam wrócić do realnego świata, cały czas miałam wrażenie, że oglądam film z moim udziałem. Płakałam - bardzo dużo. Nie potrafiłam sobie poradzić z całą sytuacją. Jak tylko Francuz wspomniał położnej, że chyba mam depresję - w trybie natychmiastowym (dosłownie! była u mnie zaledwie dziesięć minut później) ściągnięto do mnie psychiatrę/psychologa. Czy mi to pomogło? Może w pewnym sensie tak, bo pewne rzeczy powiedziałam głośno. Wciąż czułam się abstrakcyjnie, ale odrobinę lepiej.

Tak naprawdę jednak depresja mi minęła dopiero jak Mały Książę skończył dziewięć miesięcy, o ile dobrze pamiętam.

Pożytek z pani psychiatry był za to bardzo duży w kwestii mojego męża, bowiem okazało się, że po urodzeniu się wcześniaka - mężowi, ze względu na stres towarzyszący wszystkim wydarzeniom, należy się dodatkowe zwolnienie, dzięki czemu mógł być ze mną dłużej w domu niż tylko podczas urlopu tacierzyńskiego. :)

We wtorek w końcu wyjęto mi wenflon! I mogłam zdecydowanie pewniej przytulić Małego Księcia.



W środę rano zdjęto mi szwy i z całą masą zaleceń wysłano mnie do domu. Oprócz zaleceń dostałam też kolejne różowe pudełko, ale o nich napiszę innym razem :). Wiem, że w Polsce też są, ciekawe czy bardzo się różnią zawartością? :)

W następnych częściach Naszej Historii mam zamiar opisać Lokisiowy pobyt w NICU w Nicei, a potem miesiąc, który spędził na neonatologii w Cannes :).

Ciężko mi było to wszystko opisać - ale przyznam, że teraz, kiedy kończę ten wpis - jest mi dużo lżej. Już się nie trzęsę :).