Thursday, April 30, 2015

Nasza historia, część 1, (długa notka)

Z jednej strony ciężko mi się zabrać za tę notkę, z drugiej strony chciałabym to wszystko z siebie wyrzucić. Spróbuję. Nie gwarantuję ile uda mi się dzisiaj napisać.

Zobaczymy.

Odwagi!

:)

***
Kiedy podjęliśmy decyzję o tym, że chcemy powiększyć naszą małą rodzinkę zaczynało się właśnie lato. Było ciepło, pięknie, jak to na Lazurowym Wybrzeżu :). Pierwszą próbę podjęliśmy w czerwcu - i podejrzewaliśmy, że jest udana, bo pierwsze objawy, które by na to wskazywały miałam bardzo wcześnie, zaledwie kilka dni później.

Tydzień później poszliśmy z Francuzem do Leroy Merlin w Antibes, gdzie chcieliśmy kupić pudła, żeby schować do nich zimowe ubrania. Wszystko było dobrze, aż do momentu, w którym nie zauważyłam, że podczas zmiany ekspozycji zmieniona została także podłoga - w jednym miejscu została podwyższona. Źle stanęłam, stopa mi się przekręciła i przewróciłam się jak długa, spadając z tego minimalnego podwyższenia. Zażartowałam wtedy, że jeśli jestem faktycznie w ciąży - i wciąż w niej będę po tym upadku - to nasze maleństwo naprawdę musi chcieć żyć i być wojownikiem. Miesiące później, z perspektywy czasu, kiedy topiłam się w poczuciu winy - zastanawiałam się czy przypadkiem to wszystko nie wydarzyło się właśnie przez ten upadek? A może to wszystko by się nie wydarzyło, gdyby nie to? Może powinnam była bardziej patrzyć pod nogi? Ech.

Test, który potwierdził obecność małego lokatora w moim brzuszku, zrobiłam 13 lipca 2014 :), byliśmy bardzo szczęśliwi. Francuz zawsze traktuje mnie jak księżniczkę, ale od kiedy dowiedział się, że noszę w brzuszku następcę tronu - awansowałam do bogini :).

Od kilku lat prowadzę jeszcze innego bloga, który jest ukryty i dostępny dla zaledwie pięciu osób - tam właśnie pisałam każdego dnia, opisując wszystko co się podczas ciąży działo :). Przez większość czasu było bardzo radośnie, pomimo ogromnych mdłości i rekordowej zgagi (zgagę miałam tak ogromną, iż wymiotowałam kwasem jeśli nie zjadłam czegoś przynajmniej raz na dwie godziny - w końcu lekarz przepisał mi omeprazol).

Wszystko było w porządku aż do 20 tygodnia, wtedy prowadzący nas lekarz (Doktor I., w Cagnes sur Mer, znakomity lekarz) po raz pierwszy zauważył, że moje ciśnienie odbiega od normy (normalnie miałam 110/70, maksymalnie 125/75) i jest delikatnie podwyższone - 130/80, przy drugim badaniu wyszło 140/90. W 23 tygodniu ciśnienie wyszło mi skandalicznie wysokie, 160/90 - ale byłam już zestresowana, przez to, że Doktor I. tym razem mówił cały czas po francusku, nie wszystko rozumiałam, Francuz w międzyczasie się zawiesił przez nadmiar informacji i części mi nie przetłumaczył, więc musiałam polegać na sobie ze zrozumieniem jak największej ilości przekazywanych danych, co było trudne i stresujące. Pan Doktor I. wykonał drugi telefon i umówił mnie ze swoim znajomym panem Doktorem C., kardiologiem na natychmiastową wizytę typu "emergency".

Poszliśmy do niego od razu - okazało się, że jest bardzo miły, młody i sympatyczny. Mówił po angielsku, więc od razu się u niego uspokoiłam. Podpiął mnie do śmiesznej maszyny z milionem macek i zrobił mi badanie EKG, które wyszło ok, pochwalił moje serce, że pracuje dobrze, równo, bez zakłóceń, bez żadnych szmerów, więc dobrze. Potem zmierzył mi ciśnienie i okazało się, że spadło mi już do 136/86. W związku z powyższym pan Doktor C mnie poinformował, że w tej chwili nie jest w stanie stwierdzić u mnie nadciśnienia ciążowego - bo nie miałam nadciśnienia podczas badania. Dlatego zlecił mi Holtera ciśnieniowego, na którego się umówiliśmy na piątek.

Do szpitala w Antibes pojechaliśmy przed dwunastą, ale sporo czasu nam zajęło znalezienie odpowiedniego wejścia. Generalnie szpital w Antibes był mało przyjazny, bardzo rozbudowany, wiele budynków, wiele wejść, wiele ponurych ścian.. robił bardzo negatywne wrażenie już z zewnątrz, a wewnątrz jeszcze bardziej... Korytarze były długie i puste, pootwierane pokoje ukazywały swoje przerażające wnętrza z różnymi maszynami, kablami, fotelami z mackami i innymi cudami, które stopniowo przerażały mnie coraz bardziej. Na korytarzach nie było okien (bo pokoje były z obu stron), więc po chwili zaczęłam powoli wpadać w panikę. Kiedy doszliśmy do pokoju, w którym miałam mieć zakładanego holtera - byłam już na skraju paniki, już prawie płakałam, wtulałam się w kurtkę Francuza i prosiłam, żeby mnie już stąd zabrał, bo nie chcę tu być. Wszędzie było szaro, ponuro, piszczały maszyny...! Chciałam uciekać, bardzo. Na szczęście przyszła pielęgniarka, więc trochę się zebrałam w sobie. Dostałam polecenie zdjęcia koszulki, po czym pielęgniarka oplątała mnie kablem, powiesiła na mnie magiczne pudełko i zapięła na mnie niebieski ciśnieniomierz. Zmierzyła kontrolnie ciśnienie, okazało się, że miałam w tym momencie 160/99 (nie dziwię się - przypominam, byłam na skraju paniki i przepełniona chęcią ucieczki). Francuz dostał instrukcję jak to potem ze mnie zdjąć, zapisać dane i wyłączyć, po czym delikatnie mnie ubrał w koszulkę i poszliśmy na poszukiwanie naszego samochodu.

W samochodzie jeszcze się trochę trzęsłam. Ciśnieniomierz zaczął dość szybko działać regularnie - na początku bardzo mnie to bolało i byłam przerażona, że urządzenie zrobi mi krzywdę - nadwyręży moje żyły czy też spowoduje jakieś inne uszkodzenie, ale z biegiem czasu mi się poprawiło i zaczęłam się przyzwyczajać. Maszyna działała w ciągu dnia co 13 minut przez 2 minuty (włączała się regularnie o każdej pełnej godzinie i potem co kwadrans), a w nocy, czyli od 22 do 7 rano, co 28 minut przez 2 minuty. Musiałam zdjęć obrączkę, bo ciśnieniomierz powodował, że puchły mi dłonie.

Pomiar o 23:30 był niezwykle bolesny i dłuższy niż poprzednie, prawie nie do zniesienia. Podobnie było z pomiarem o północy. Po północy chciałam wstać i pójść do łazienki - ale kiedy opuściłam rękę (trzymałam ją w górze wcześniej, żeby było mi wygodniej i żeby opuchlizna odpuściła) to ciśnieniomierz nagle po prostu z niej zjechał. Trochę się przestraszyliśmy, ale Francuz szybko się opanował, znalazł w sieci instrukcję obsługi, po czym dokładnie wedle tej instrukcji założył mi to urządzenie z powrotem, dokładnie sprawdzając czy wszystkie czujniki i strzałki są tam gdzie powinny były być. Następne pomiary nie były przyjemne, wciąż były bolesne i dłuższe niż dwie minuty, ale zadzwoniłam do Mamy na Facetime, pomagałam jej z różnymi rzeczami i generalnie rozmawiałyśmy - dzięki czemu mniej o tym myślałam i było mi zdecydowanie lepiej.

Skończyłyśmy z Mamą tuż przed trzecią i wtedy z Francuzem udaliśmy się do łóżka, ale niestety, zasnąć udało mi się dopiero po czwartej. Spałam od czwartej do 6:45, kiedy to obudziło mnie to urządzenie (byłam zaskoczona, że w ogóle udało mi się przespać te dwie godziny!). Spanie było bardzo niewygodne, bo musiałam spać na przeciwległym (czyli prawym) boku, a nie dość, że ja lubię spać na lewym, to jeszcze na dodatek w ciąży raczej powinno się spać na lewym właśnie. Ale ok, gorzej, że musiałam pilnować, żeby nie zmienić pozycji, a na dodatek torebkę z pudełkiem musiałam położyć obok siebie (Francuz rozebrał mnie i z kabli i z ubrania, przed spaniem, po czym ubrał w tshirt, w którym śpię) i uważać, żeby się nie oplątać, nie rozłączyć urządzania i jeszcze się tym kablem nie udusić.

Holtera pojechaliśmy oddać w niedzielę. Szpital w Antibes przerażał nas oboje; tym razem byliśmy na innym piętrze - zanim udało nam się znaleźć jakąś pielęgniarkę to tłukliśmy się pustymi korytarzami, pomiędzy pozamykanymi pokojami, zza których słychać było piszczenie maszyn, które tworzyły symfonię składającą się z wielu serc; przerażające. Gdzieniegdzie otwarte drzwi i dziwne maszyny. Macki. Kable. Piski. Ratunku. A na dodatek, żeby dojść do oddziału kardiologicznego - musieliśmy przejść koło chambre mortuaire, czyli miejsca, do którego ludzie przychodzą, żeby pożegnać się ze zmarłymi bliskimi. Dreszcze po plecach. Dookoła ani żywej duszy, ani przechodniów, ani pracowników, ani pacjentów. Nikogo. Bezruch. Na parkingu prawie zero samochodów, na dodatek padał deszcz i była burza. Szaro, ponuro, głośno.

Był to również czas bilansu, USG, podczas którego sprawdza się absolutnie wszystko - liczy się paluszki, określa długość każdej kończyny, robi bardzo dokładne badanie mózgu, serca, nerek... Nasz Doktor I. (to była ta sama wizyta, podczas której okazało się, że ciśnienie mi skoczyło) długo podczas tego badania milczał, aż w końcu stwierdził, że nie widzi wszystkiego dokładnie i wysłał nas do specjalistki od USG, która posiada własny gabinet zagubiony w małych uliczkach w Cannes. Ta wizyta zaplanowana została na poniedziałek, tuż po weekendzie z holterem.

Pojechaliśmy do niej mocno przerażeni - pamiętam, tego dnia padał deszcz, zaparkowaliśmy dość daleko i wychodząc od niej zmokliśmy, ale żadne z nas wówczas o tym nie myślało... (a szkoda, bo zmoknięcie to zaowocowało u mnie bardzo mocnym i nieprzyjemnym przeziębieniem). Podczas tego USG okazało się, że z dzieckiem jest wszystko w porządku, ale tętnice maciczne są w kiepskim stanie. Jedna wysoko poza skalą, obecność tak zwanego NOTCHa, druga prawie poza skalą. Przesłała wyniki do naszego lekarza prowadzącego i kazała mi się absolutnie oszczędzać, jak najmniejsza ilość aktywności fizycznej, dozwolone jedynie spacery oraz zero stresu. Nie robić niczego co może podwyższać ciśnienie.

Nasz lekarz zadzwonił do nas następnego dnia, we wtorek, mocno zdenerwowany. Na początku prosił Francuza, żeby nic mi nie mówił, żebym ja się nie denerwowała - ale Francuz powiedział mu, że i tak mówimy sobie wszystko, a poza tym dotyczy to mnie, więc po prostu musi mi powiedzieć. Sytuacja zaczęła wyglądać niebezpiecznie dla mnie i dla dziecka, to dopiero 24-25 tydzień, zdecydowanie za wcześnie na poród. Doktor I. powiedział, że istnieje ryzyko, że w pewnym momencie dziecko przestanie otrzymywać pokarm, bo tętnice po prostu przestaną działać. Powiedział mi też, że to dlatego właśnie moje ciśnienie zwiększa się - bo moje ciało chce zrobić wszystko, żeby wykarmić dziecko i się nim zająć, pomimo tego, iż jakaś część mego ciała traktuje łożysko jako coś obcego i chce zamknąć do niego dostęp (vide tętnice maciczne).

Szybka decyzja - klinika, w której pracuje Doktor I. ma tylko oddział pediatryczny, nie ma jednostki neonatologicznej, żadnej, więc muszę zmienić szpital. Co więcej, miałam zmienić szpital na taki, który posiada NICU (neonatal intensive care unit) poziomu 3, czyli taki z oddziałem gotowym do ratowania życia. Jedyny taki szpital w regionie to szpital w Nicei. Ponieważ jednak szpital ten jest kawałek drogi od nas, Doktor I. polecił nam Doktor D. w szpitalu w Cannes, zadzwonił do niej osobiście i umówił nas błyskawicznie na wizytę. Szpital w Cannes ma NICU poziom 2.

***
Ciąg dalszy nastąpi, Francuz właśnie przyniósł mi Małego Księcia i powiedział, że muszę zrobić przerwę w zatapianiu się we wspomnieniach, bo nasze najsłodsze pod słońcem maleństwo chce jeść ;). Także idę karmić, a potem spać, bo nawet nie wiem kiedy zrobiło się w pół do drugiej rano. :) Dobranoc. :)



2 comments:

  1. ;)

    Jestem bardzo ciekawa dalszej części historii.

    Będę śledzić nowe wpisy!

    ReplyDelete